Reklama

Tajemnice Powstania Warszawskiego

2013-08-07 14:15

Z Katarzyną Utracką rozmawia Wojciech Dudkiewicz
Edycja warszawska 32/2013, str. 5, 8

Marcin Żegliński

WOJCIECH DUDKIEWICZ: - Czy wiemy już wszystko o Powstaniu? Czy są jeszcze takie jego tajemnice, które będzie lub nie będzie można nigdy rozwiązać?

KATARZYNA UTRACKA: - Jest jeszcze wiele spraw nie rozstrzygniętych, nie opracowanych, nie zbadanych, albo wymagających weryfikacji, czy ponownego zbadania. A przyczyna jest dość oczywista: czasy PRL nie sprzyjały badaniu Powstania. Kilkadziesiąt lat po jego wybuchu i upadku, które mogły być spożytkowane na badania, zostało bezpowrotnie straconych. Poumierali ludzie, zginęły dokumenty itd. Sprawy były wtedy nie tylko przemilczane, ale także wykoślawiane. Te aspekty, które - mimo wszystko - doczekały się opracowań, miały ideologiczne konotacje. Musiały pasować do oficjalnego postrzegania Powstania.

- Wiele jeszcze pracy przed historykami?

- Tak i to pracy wszechstronnej, opartej na dogłębnych kwerendach archiwów polskich, niemieckich i rosyjskich. Takie badania jeszcze przed nami. Szczególnie utrudniony jest dostęp do archiwów rosyjskich. Bazujemy często na pracach historyków, robionych niejako przy okazji. Natomiast do dogłębnego zbadania tych archiwów jeszcze daleko.

- Wśród tajemnic Powstania z pewnością jest to, kiedy Niemcy dowiedzieli się, że Powstanie wybuchnie. Są na ten temat różne opowieści.

- Niemcy oczywiście wiedzieli, że coś się szykuje. Przecież mieli swoich agentów, wtyczki. Wywiad, kontrwywiad niemiecki działał bardzo sprawnie. Informacje, że szykuje się coś większego, docierały do nich. Ale nie wiedzieli, co dokładnie się szykuje i jakie rozmiary to przyjmie. Gdy 1 sierpnia zobaczyli wzmożony ruch na ulicach Warszawy - pierwsze potyczki, miały miejsce długo przed godziną W - chociażby na Żoliborzu już przed godz. 14, potem w Śródmieściu, na Woli - więc szybko się zorientowali, co się święci. I efektu zaskoczenia nie było. Dowództwo AK uważało, że godz. 17 to czas wzmożonego ruchu na ulicach, dlatego działania powstańców umkną uwadze Niemców. Okazało się inaczej. Wielu warszawiaków wracało właśnie z pracy, wielu nie miało pojęcia o Powstaniu. Najpewniej, gdyby wybuchło np. nad ranem, efekt zaskoczenia byłby większy.

- Już pierwszego dnia Powstania część - ok. jednej czwartej powstańców wycofało się z Warszawy. Decyzje podejmowali - według niektórych relacji - dowódcy oddziałów. To przez lata budziło kontrowersję. Czy to jest zagadka dla historyków?

- To nie była samodzielna decyzja dowódców oddziałów - choć także nie dowódcy powstania, płk. Antoniego Chruściela „Montera” - lecz dowództwa obwodów. Oddziały z Ochoty, Żoliborza, części Mokotowa, wyszły na rozkaz komendantów obwodów. Chcieli przegrupować swoje siły, dozbroić się w broń, amunicję ze zrzutów i wrócić do Warszawy. Temat został niedawno na nowo podjęty, ale nie jest to wielka tajemnica. W każdej publikacji na temat Powstania ta sprawa jest poruszana.

- Kolejna kontrowersja jest taka, że dowódca AK gen. Tadeusz Bór-Komorowski chciał kończyć Powstanie już w chwilę po jego wybuchu.

- Nie ma tu większej kontrowersji, bo w związku z tym, że powstanie miało trwać kilka dni - dokładnie dwa-trzy dni, góra tydzień - nikt nie spodziewał się, że potrwa aż tak długo. Dłuższe trwanie walk dla wszystkich było zaskoczeniem - i dla żołnierzy i dla cywilów, ale także dla dowódców. Udało się zdobyć jakieś pojedyncze obiekty, sporą część Śródmieścia, Starówki, ale obiekty strategiczne, jak lotniska, dworce, mosty, to wszystko zostało w rękach nieprzyjaciela. To decydowało o niepowodzeniu Powstania. Dowódcy już w pierwszych dniach wiedzieli, że los Pwstania został przesądzony już na początku. Myślano o kapitulacji, ale wciąż była nadzieja na pomoc Zachodu, czy Armii Sowieckiej, która stanęła pod Warszawą. A o dalszym trwaniu Powstania zadecydowała postawa ludności cywilnej, jej wielkie poparcie, niemalże euforia z nagle wybuchającej wolności. Rozmowy na temat kapitulacji trwały już od początku września. Zerwano je, gdy ruszyła ofensywa Armii Sowieckiej.

- Czy pojawiają się nowe dokumenty, które mogą pomóc w rozwiązaniu zagadek Powstania Warszawskiego?

- Wbrew pozorom dokumentów dotyczących Powstania Warszawskiego, a niekoniecznie dobrze zbadanych, zachowało się sporo i historycy wciąż mają nad czym pracować. Pojawiają się też nowe dokumenty. Kilka lat temu do Muzeum Powstania Warszawskiego trafiła tzw. skrytka z ul. Filtrowej - gdzie była ostatnia siedziba dowódcy Powstania. W czasie remontu przy ul. Filtrowej znaleziono archiwum komendy okręgu. Dokumenty są co prawda sprzed Powstania, ale sporo mówią o przygotowaniach do niego. Rzucają nowe światło na organizację konspiracji warszawskiej.

- Wiemy, kim był przeciętny powstaniec? Pamiętamy zdjęcia kilkunastoletnich małych chłopców w wielkich hełmach.

- Taki bywa stereotyp powstańca. Opracowujemy biogramy powstańców - zamierzamy, we współpracy z IPN, wydać wielki słownik powstańców - dlatego wiemy, że to nie byli tylko mali chłopcy. Średnia wieku powstańca to 20-21 lat. Oczywiście byli też młodsi, ale sporo było powstańców w sile wieku. Nie zawsze byli przy tym warszawiakami. Sporo było ludności napływowej, uciekinierów, m.in. z Wielkopolski, którzy tu ukrywali się, a w sierpniu 1944 r. chwycili za broń.

- Co jest największą, niezbadaną tajemnicą Powstania?

- Może nie tyle największa tajemnicą, ale najbardziej zaniedbanym tematem wydaje się ludność cywilna. Życie codzienne warszawiaków, którzy byli ogarnięci powstaniem i musieli się jakoś w tym znaleźć, jest nieopisane. Każdego dnia walczyli o przetrwanie. Gdy rozmawiałam z powstańcami, wielu z nich podkreślało, że to mieszkańcy Warszawy, ludność cywilna, są prawdziwymi bohaterami tamtych wydarzeń. Bo oni, powstańcy, mieli co jeść, gdzie spać. Ten temat wymaga zbadania.

- Nie ma publikacji na ten temat?

- Jedna książeczka brytyjskiej historyk Joanny Hanson, sprzed kilkudziesięciu lat, nie czyni wiosny. Gromadzimy ankiety, zbieramy materiały nie tylko o powstańcach, ale także o cywilach. Chodzi nam szczególnie np. o tych, którzy zginęli w rzezi na Woli, gdzie w parę dni zamordowano 40 tys. ludzi. Mordowano kobiety, starców, dzieci, niemowlęta. Prowadzimy kwerendy w tej sprawie. Dobrze byłoby uczcić, a choćby zawołać po imieniu, przywrócić ich pamięć, bo często nie mają nawet swoich nagrobków.

Tagi:
historia Warszawa powstanie

Reklama

Warszawa: w czwartek kard. Nycz poprowadzi centralną procesję Bożego Ciała

2019-06-18 10:34

lk, archwwa.pl / Warszawa (KAI)

Uroczystą poranną Mszą św. w archikatedrze św. Jana Chrzciciela rozpoczną się w czwartek w Warszawie obchody Bożego Ciała. Eucharystii będzie przewodniczył kard. Kazimierz Nycz, który bezpośrednio po Mszy św. poprowadzi centralną procesję do czterech ołtarzy.

Stelmasiak Artur

Centralne uroczystości ku czci Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa 20 czerwca w Warszawie rozpoczną się Mszą św. o godz. 10.00 w stołecznej archikatedrze św. Jana Chrzciciela. Eucharystii będzie przewodniczył kard. Kazimierz Nycz, który po jej zakończeniu poprowadzi centralną procesję eucharystyczną do czterech ołtarzy. Ostatni zostanie wzniesiony przy krzyżu na pl. Piłsudskiego i będzie nawiązywał do I pielgrzymki Jana Pawła II przed 40 laty.

Mottem tegorocznych obchodów Bożego Ciała w Warszawie będzie obietnica Jezusa „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 18, 20). Ołtarze nawiązujące do tego wersetu z Ewangelii według św. Mateusza zaprojektował architekt Stanisław Sołtyk.

Tłem dla wystawienia Najświętszego Sakramentu przy trzech pierwszych stacjach procesji Bożego Ciała będą wielkoformatowe reprodukcje nastaw ołtarzowych z trzech zabytkowych kościołów, przy których zatrzyma się procesja: pobernardyńskiego kościoła św. Anny – obecnie akademickiego, pokarmelickiego kościoła św. Józefa, czyli seminaryjnego i kościoła sióstr wizytek.

– Chodzi o dialog wnętrza i zewnętrza, przeszłości i teraźniejszości, wielkiej sztuki dawnej i nas, którzy wobec niej stajemy – tak wyjaśnia wymowę projektu tegorocznych ołtarzy na Boże Ciało bp Michał Janocha. Podkreśla, że jest to też zachęta: „wejdź, jeśli chcesz zobaczyć piękno”, zarówno w sensie historycznym, dosłownym, jak też głębszym, duchowym.

„Jeśli chcesz poznać istotę Kościoła – mówi bp Janocha – nie możesz patrzeć na niego z zewnątrz, musisz wejść do środka”. Cały kościół, jego wnętrze, nastawa ołtarzowa zostały skonstruowane dla tego maleńkiego kawałka chleba, przed którym klękamy, bo w nim widzimy Ciało Chrystusa” – wyjaśnia biskup pomocniczy archidiecezji warszawskiej, a zarazem ceniony historyk sztuki.

Czwarty ołtarz, przy którym zatrzyma się procesja Bożego Ciała, zostanie utworzony na placu Piłsudskiego, wokół krzyża upamiętniającego I pielgrzymkę Jana Pawła II w 1979 r. Będzie to nawiązanie do najpiękniejszego z papieskich ołtarzy, jakie stanęły w Polsce w czasie wszystkich pielgrzymek – ołtarza z czerwca 1979 roku – podkreśla bp Janocha.

Pierwszy z ołtarzy zbudują studenci z duszpasterstwa akademickiego św. Anny, drugi – rzemieślnicy z Cechu Rzemiosł, trzeci – nadzwyczajni szafarze Komunii Świętej a czwarty – Wojsko Polskie.

Orszak procesyjny przejdzie z archikatedry ul. Świętojańską na Plac Zamkowy, następnie Krakowskim Przedmieściem, ul. Królewską na Plac Piłsudskiego. Najświętszy Sakrament będzie niesiony w zabytkowej monstrancji z bazyliki Świętego Krzyża.

Tradycyjnie przy każdym z czterech ołtarzy czytana będzie Ewangelia, a przy czwartym kard. Nycz wygłosi kazanie. Dla tych, którzy wcześniej nie uczestniczyli we Mszy świętej w katedrze, Msza zostanie odprawiona na pl. Piłsudskiego.

Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (Boże Ciało) jest jednym z głównych świąt obchodzonych w Kościele katolickim. Świadomość niezwykłego cudu przemiany konsekrowanego chleba i wina w rzeczywiste Ciało i Krew Chrystusa towarzyszyła wiernym od początku chrześcijaństwa, ale potrzeba było aż dziesięciu wieków zanim zewnętrzne przejawy tego kultu zadomowiły się w Kościele katolickim.

Uroczystość wyrosła na podłożu adoracyjnego kierunku pobożności eucharystycznej rozwijającej się na Zachodzie od przełomu XI i XII w., a obecnie przeżywana jest w czwartek po uroczystości Trójcy Świętej.

Bezpośrednią przyczyną ustanowienia uroczystości były objawienia bł. Julianny z Cornillon. Pod ich wpływem bp Robert ustanowił w 1246 r. święto Bożego Ciała, początkowo dla diecezji Liege. W 1252 r. legat papieski rozszerzył obchodzenie tego święta na Germanię, a papież Urban IV bullą "Transiturus" z 1264 r. ustanowił Boże Ciało świętem obowiązującym w całym Kościele jako "zadośćuczynienie za znieważanie Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, błędy heretyków oraz uczczenie pamiątki ustanowienia Najświętszego Sakramentu".

W Polsce jako pierwszy wprowadził to święto bp Nankier w 1320 r. w diecezji krakowskiej, natomiast w Kościele unickim - synod zamojski w 1720 r. W Kościele katolickim w Polsce pod koniec XIV w. święto Bożego Ciała było obchodzone już we wszystkich diecezjach. Było ono zawsze zaliczane do świąt głównych. Od końca XV w. przy okazji tego święta udzielano błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Ksiądz uniewinniony, media milczą

2019-06-04 13:08

Włodzimierz Rędzioch
Niedziela Ogólnopolska 23/2019, str. 16-17

Pod koniec stycznia 2019 r. światowe media nagłośniły sprawę ustąpienia z urzędu szefa biura Kongregacji Nauki Wiary – ks. Hermanna Geisslera po wysunięciu wobec niego przez byłą zakonnicę zarzutów o molestowanie

Włodzimierz Rędzioch
Ks. Hermann Geissler został uniewinniony od zarzucanego mu czynu przez Najwyższy Trybunał Sygnatury Apostolskiej. Media, które nagłaśniały fałszywe oskarżenia, teraz milczą

Oskarżenie to wysunęła Doris Wagner-Reisinger, twierdząc, że do próby jej seksualnego wykorzystania doszło w 2009 r. w Rzymie przy okazji spowiedzi. Dla mediów była to bardzo „atrakcyjna” wiadomość, bo chodziło o księdza, którego do Watykanu sprowadził sam kard. Joseph Ratzinger. Hermann Geissler urodził się w Austrii niedaleko Innsbrucka w 1965 r. Gdy odkrył w sobie powołanie do kapłaństwa, wstąpił do wspólnoty życia konsekrowanego „Das Werk” (Familia Spiritualis Opus). Przełożeni wkrótce docenili tego bardzo uzdolnionego i wszechstronnie wykształconego młodego kapłana – pracę w Kongregacji Nauki Wiary, u boku jej prefekta kard. Ratzingera, rozpoczął, gdy miał zaledwie 27 lat, i pracował w tej dykasterii aż do momentu wybuchu skandalu.

Dla mnie sprawa ks. Geisslera miała też inny, bardziej osobisty wymiar – agencje podawały informacje o zarzutach pod jego adresem z wykonanym przeze mnie zdjęciem ściągniętym bez mojego pozwolenia z internetu. Był to portret ks. Geisslera na tle obrazu z wizerunkiem kard. Ratzingera. Zrobiłem mu to zdjęcie, gdy udzielił mi wywiadu o swoim dawnym szefie, czyli kard. Ratzingerze (https://www.niedziela.pl/artykul/130330/nd/Pokora-i-zawierzenie-Panu-Bogu). W ten sposób łączono, niejako namacalnie, postać księdza, który miał się dopuścić nadużyć, z osobą Papieża emeryta.

W tej sytuacji 28 stycznia br. ks. Geissler złożył prośbę o dymisję na ręce prefekta kongregacji – kard. Luisa Ladarii Ferrera, który ją przyjął. Wyjaśnił jednak, że ustąpił ze stanowiska, „aby zmniejszyć rozmiary szkód, które już dotknęły kongregację i jego wspólnotę”. Podkreślił przy tym zdecydowanie, że oskarżenia pod jego adresem „nie są prawdziwe”, dlatego czeka na rezultaty procesu kanonicznego w tej sprawie. Poinformował także, że w przyszłości podejmie „ewentualne działania prawne”.

Kim jest dawna zakonnica, która oskarżyła ks. Geisslera? Niemka Doris Wagner należała do wspólnoty zakonnej „Das Werk”, do której należy również kapłan. Według niej, miała być molestowana 10 lat temu, w 2009 r., w Rzymie, gdy spowiadała się u ks. Geisslera. W zgromadzeniu problemy z dawną siostrą zaczęły się o wiele wcześniej – w 2008 r. odkryto, że miała romans i współżyła seksualnie ze współbratem – ks. B. W końcu, w październiku 2011 r., porzuciła wspólnotę i odbyło się to w sposób bezkonfliktowy. Sytuacja zmieniła się w 2012 r., kiedy dawna zakonnica rozpoczęła kampanię medialną i prawną. Zaczęła ukazywać swoją historię w perspektywie „nadużyć, przemocy i manipulacji”. W 2012 i 2013 r. oskarżyła ks. B. o wykorzystywanie seksualne, ale zarówno w Niemczech, jak i w Austrii jej oskarżenia zostały uznane za bezpodstawne. Pomimo tego Wagner zaczęła brać udział w konferencjach, wydała książkę, w której opowiada swoją historię, i wystąpiła w filmie „Female Pleasure” (Kobieca przyjemność), w którym krytykuje Kościół i żąda radykalnych zmian w jego nauczaniu moralnym. Dziś Doris Wagner-Reisinger mieszka w Wiesbaden w Niemczech razem z byłym księdzem, z którym pobrali się cywilnie i mają jedno dziecko.

15 maja br., po przeprowadzeniu procesu kanonicznego, Najwyższy Trybunał Sygnatury Apostolskiej uniewinnił ks. Hermanna Geisslera. Celem procesu było wyjaśnienie, czy kapłan dopuścił się przestępstwa nakłaniania do grzechu przeciwko szóstemu przykazaniu przy okazji spowiedzi (por. Kodeks prawa kanonicznego, kan. 1387). Decyzją samego Papieża to nie Kongregacja Nauki Wiary, kompetentna w sprawach tego rodzaju, zajęła się sprawą ks. Geisslera, który przez 25 lat pracował w tejże dykasterii, ale Najwyższy Trybunał Sygnatury Apostolskiej. Do kompetencji tego trybunału należy bowiem m.in. rozpatrywanie spraw zleconych mu przez Papieża (konstytucja apostolska „Pastor Bonus” o Kurii Rzymskiej, art. 123 § 3). Po dochodzeniu zgodnie z kan. 1717 pięciu sędziów Sygnatury Apostolskiej rozpatrzyło sprawę, a na posiedzeniu 15 maja 2019 r. zdecydowało, że ks. Geissler nie dopuścił się przestępstwa, o które był oskarżany. Wyrok został przekazany kapłanowi listem (prot. n. 54121/19 CG), podpisanym przez kard. Dominique’a Mambertiego – prefekta trybunału i bp. Giuseppego Sciaccę – sekretarza. Jednym słowem, ks. Geissler został uniewinniony, a od decyzji Najwyższego Trybunału Sygnatury Apostolskiej nie ma odwołania.

Niestety, wiadomość ta została prawie całkowicie zignorowana przez media, bo informacja o fałszywych oskarżeniach wysuwanych pod adresem księdza i o jego uniewinnieniu przez najwyższą instancję sądową Stolicy Apostolskiej nie jest dla nich „dobrą wiadomością”.

Afera z Doris Wagner to kolejny przypadek, który świadczy o tym, że była zakonnica po odejściu ze zgromadzenia postawiła sobie za cel walkę z Kościołem i ucieka się do każdej możliwej manipulacji oraz umiejętnie wykorzystuje do tego media.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Wątpliwości wokół sprawy Szymonka

2019-06-19 10:59

Dr Błażej Kmieciak - dyrektor Centrum Bioetyki Instytutu Ordo Iuris

Śmierć dziecka wywołuje w pełni zrozumiałe reakcje emocjonalne. Tym bardziej, w celu wyjaśnienia wszelkich wątpliwości, konieczne jest odwołanie się do ustalonych faktów, w tym zwłaszcza wiedzy medycznej oraz informacji dotyczącej poszanowania bądź też naruszenia praw dziecka jako pacjenta oraz jego rodziców.

Analizując sprawę 11-miesięcznego Szymonka leczonego na terenie szpitala przy ul. Niekłańskiej w Warszawie. trzeba w pierwszym rzędzie zwrócić uwagę, iż jako opinia publiczna nie posiadamy w tej sprawie zbyt licznych, zweryfikowanych informacji:

- Nie wiemy jaki był stan dziecka przed odłączeniem od aparatury podtrzymującej życie. 10 czerwca szpital stwierdził w Komunikacie: „ze względu na tajemnicę lekarską nie możemy jej upublicznić, natomiast pełne informacje są w posiadaniu Rodziców”.

- Ze strony rodziców nie przedstawiono oficjalnych informacji dotyczących sposobu traktowania dziecka oraz jego ostatecznego rozpoznania klinicznego. Pełnomocnik rodziny zaznaczył jedynie, że postępowanie dotyczące działań w jednej z placówek w Radomiu, w której przebywał chłopiec przez przewiezieniem do Warszawy, posiada charakter niejawny.

- Nie znamy również opinii poszczególnych komisji oraz konsyliów jakie zbierały się w ciągu ostatnich tygodni. W tym zakresie nie tylko nie wiemy, jakie były ustalenia lekarzy ze wspomnianego szpitala, ale również nie posiadamy informacji dotyczącej ustaleń jakie poczynili lekarze-konsultanci zaproszeni na wspomniane powyżej diagnostyczne konsylia.

W większości dostępne informacje odnoszące się do stanu Szymonka bazują na wpisach członków rodziny na portalach społecznościowych, co nie stanowi weryfikowalnego źródła danych medycznych. Pojawiały się również informacje organizacji pozarządowych, w tym zwłaszcza „Stowarzyszenia STOP NOP”, które nie jest uprawnione do stawiania medycznych diagnoz odnoszących się do stanu niespełna rocznego pacjenta.

Jedyne informacje, jakie posiadamy odnoszą się do ogólnego stanu zdrowia dziecka. W szpitalnym Komunikacie z 10 czerwca przypomniano, że „Pacjent przebywa w naszym Szpitalu na Oddziale Intensywnej Terapii od 22 stycznia 2019 r. w stanie skrajnie ciężkim z nieodwracalnym uszkodzeniem centralnego układu nerwowego”. W ostatnich godzinach, w mediach pojawiły się również dwie kluczowe informacje - pierwsza, w której rodzice dziecka wskazali, iż odłączono je od aparatury podtrzymującej życie bez ich obecności, wbrew wcześniejszym ustaleniom oraz druga, w której minister zdrowia, prof. Łukasz Szumowski wskazuje, „że nikt nie odłączył aparatury przed stwierdzeniem, że pacjent zmarł”.

Śmierć dziecka

Ostatnia wypowiedź w sposób wyraźny wskazuje nam na prawdopodobny scenariusz działania w omawianej sprawie. W podobnych przypadkach klinicznych polskie przepisy prawne wprowadziły konkretny scenariusz postępowania, jaki winien być zrealizowany. Po pierwsze, mówimy tutaj o komisyjnym stwierdzeniu „trwałego nieodwracalnego ustania czynności mózgu (śmierci mózgu),” bądź „nieodwracalnego zatrzymania krążenia”. Po drugie, trzeba dodać, iż szczegółowe działania w tym zakresie podejmowane są przez lekarzy na podstawie odrębnego „Obwieszczenia” Ministra zdrowia. Omawiany tutaj proces stwierdzania śmierci składa się z dwóch etapów. W pierwszym wysunięte zostaje przez komisję lekarską podejrzenie odnoszące się do śmierci człowieka. Bada się w tym czasie, czy nie zaistniały sytuacje, które wprowadzać mogą w błąd odnośnie oceny stanu klinicznego pacjenta: m.in. hipotermia, określone postaci zatrucia, spożycie określonych substancji psychoaktywnych. Do drugiego etapu przystępuje się natomiast po potwierdzenia diagnozy dotyczącej śmierci. Bada się np. odruchy źreniczne na światło. Warto również przypomnieć, cytując polskie przepisy ustawowe, że „trwałe nieodwracalne ustanie czynności mózgu (śmierć mózgu) stwierdza jednomyślnie dwóch lekarzy specjalistów posiadających II stopień specjalizacji lub tytuł specjalisty, w tym jeden specjalista w dziedzinie anestezjologii i intensywnej terapii lub neonatologii, a drugi w dziedzinie neurologii, neurologii dziecięcej lub neurochirurgii”.

Wątpliwości i wyjaśnienia

Bez względu na w pełni zrozumiałe emocje w całej sprawie, nie można obecnie analizowanej sytuacji Szymona porównać do sprawy Alfirgo Evansa, jak czynią to wielokrotnie polskie media. Wskazany tutaj brytyjski casus odnosił się przede wszystkim do stanu, w którym z niezrozumiałych względów klinicznych, personel brytyjskiego szpitala zdecydował się odłączyć dziecko od aparatury podtrzymującej życie, zaprzestać jego karmienia i pojenia oraz nie wyrazić zgody na podjęcie działań diagnostyczno-leczniczych na terenie innego szpitala. Podobne działania miały miejsce przy jednoczesnym braku postawienia ostatecznej diagnozy oraz wyraźnie dostrzeganych reakcjach dziecka nawiązującego kontakt z rodzicami. Polska sprawa ze szpitala przy ul. Niekłańskiej w Warszawie oddaje inną rzeczywistość. Mowa bowiem o pacjencie, u którego – jak podawały media oraz wspomniana placówka - stwierdzono obrzęk mózgu oraz nieodwracalne uszkodzenie centralnego układu nerwowego. Minister Zdrowia powiadomił opinię publiczną ponadto, iż odłączenie od respiratora nastąpiło po stwierdzeniu śmierci mózgu. Sprawa Szymona oraz sprawa Alfiego Evansa nie mogą być w tym zakresie porównywane.

W omawianej sprawie wielokrotnie pojawiają się informacje kojarzące stan chłopca z podaną wcześniej szczepionką przeciwko pneumokokom: „cztery dni później wystąpiła u niego gorączka oraz drgawki. Ostatecznie, 21 stycznia dziecko zostało przyjęte do szpitala. Było reanimowane, wykonano kolejne TK głowy, powstał obrzęk mózgu - opisywał tygodnik „Wprost”. Podobne stwierdzenia nie mają jednakże żadnego oparcia w rzetelnej diagnozie lekarskiej wyrażonej przez lekarzy ze szpitala, bądź też przez którego z konsultantów także wskazanych przez rodzinę małego pacjenta. Opinie prezentowane przez taką czy inną organizację pozarządową nie stanowią rzetelnej oraz weryfikowalnej diagnozy lekarskiej. Nie wiemy jaka była przyczyna pojawienia się tak dramatycznego stanu chłopca. Kojarzenie szczepienia oraz omawianej sytuacji nie jest efektem oceny medycznej, a jedynie opinii wyrażonej przez osoby do tego nieuprawnione.

Kontekst uprawnień kieruje as w stronę relacji istniejącej na linii pacjent - lekarz - rodzina. W szpitalnym komunikacie z 10 czerwca wskazywano, iż rodzice mają zapewniony dostęp do informacji medycznej, konsultacji z innymi specjalistami oraz możliwości proponowania innych form wsparcia terapeutycznego. Szpital zatem zapewniał o realizacji prawa pacjenta do informacji, konsultacji z innym lekarzem oraz świadczeń zdrowotnych odpowiadających aktualnemu stanowi wiedzy medycznej. Ze strony rodziców dziecka, innych przez nich upoważnionych osób lub ich pełnomocnika nie pojawiły się dotąd oficjalne stanowiska podważające realizację wskazanych tutaj praw pacjenta oraz praw jego rodziców, jako opiekunów prawnych.

Istotne wątpliwości wzbudza natomiast informacja wskazująca o odłączeniu chłopca od aparatury podtrzymującej funkcje życiowe bez obecności jego rodziców.- przedstawiali ja rodzice dziecka w mediach. Do informacji tej dotąd nie odniósł się szpital w odrębnym komunikacie lub stanowisku. Jej potwierdzenie jednak wskazywać może na istotne naruszenie praw rodziców oraz naruszenie prawa dziecka jako pacjenta. Polskie przepisy konstytucyjne oraz ustawowe w sposób wyraźny wskazują na prawa rodziców zobowiązanych do sprawowania szczególnej troski nad rozwojem dziecka, w tym rozwojem zdrowotnym. Krajowe ustawodawstwo prawno-medyczne w sposób jednoznaczny zwraca ponadto uwagę na prawo rodziców lub opiekunów prawnych do uczestnictwa w świadczeniach zdrowotnych podejmowanych względem pozostającego pod ich opieką dziecka. Odłączenie pacjenta od respiratora bez obecności, w podobnych działaniach, jego rodziców, stanowić może przykład całkowicie niezrozumiałego postępowania medycznego naruszającego podstawowe standardy deontologiczne oraz normy ustawowe, w tym zwłaszcza prawo pacjenta do umierania w spokoju i godności. Jak wskazano powyżej, kierownictwo resortu zdrowia zaznaczało, iż w omawianej sytuacji mowa jest o odłączeniu pacjenta, u którego wcześniej stwierdzano śmierć. Powyższe nie może być jednak traktowane jako jakiekolwiek wytłumaczenie potencjalnego wprowadzenia w błąd oraz podjęcia unikalnych dla sytuacji rodzinnych działań medycznych, w których możliwości udziału rodzice zostali w sposób nieuzasadniony pozbawieni.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, iż obecnie konieczne jest uszanowanie dramatu doświadczanego przez rodziców. Ze strony mediów oraz komentatorów niezbędne jest bazowanie na faktach, a nie opiniach i domniemaniach. Bezsprzecznie niezbędnym jest wyjaśnienie niepokojących obaw jakie pojawiły się w związku z ostatnimi momentami życia Szymonka.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem