Reklama

Codzienność 63 dni

2016-07-27 09:05

Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 31/2016, str. 46-47

Mateusz Wyrwich
Muzeum Powstania Warszawskiego, Mur Powstańców

Powstanie Warszawskie według założeń dowództwa miało trwać 3 doby, najdłużej 2 tygodnie. Przeciągnęło się do 2 miesięcy. Zbrojny zryw stał się więc codziennością na 63 dni dla blisko 700 tys. mieszkańców lewobrzeżnej Warszawy, w tym dla ok. 50 tys. powstańców.
Nie wszyscy jednak każdego dnia walczyli, były chwile przerwy, była powstańcza codzienność

Wtorek 1 sierpnia 1944 r. W niektórych dzielnicach siąpił deszcz, w innych świeciło słońce. Powstanie miało się rozpocząć o godzinie 17, jednak poza kilkudziesięcioma osobami nikt nie wiedział o mającym nastąpić wybuchu. Nieoczekiwanie kilkadziesiąt minut przed zapowiadaną godziną „W”, czyli 17, powstanie wybuchło na Żoliborzu. Na murach pojawiły się biało-czerwone flagi po raz pierwszy od 5 lat. Ludzie wznosili entuzjastyczne okrzyki: Niech żyje wolność! Ktoś spontanicznie intonował hymn.

– Wybuch powstania był dla mnie wielkim wydarzeniem – mówi po latach żołnierz „Parasola” Janusz Brochwicz-Lewiński. – Doznałem niezwykłego wzruszenia, kiedy zostały wywieszone polskie flagi na balkonach, kościołach. Po raz pierwszy od lat mogliśmy oficjalnie mieć na ręku biało-czerwone opaski z napisem: „Wojsko Polskie”. Chodziliśmy po ulicach otwarcie, z bronią w ręku. Czuliśmy, że nadchodzi moment rewanżu. Moment, który dawał nam możliwość zaczerpnięcia powietrza, poczucia się człowiekiem. Bo przez ostatnie lata byliśmy zdegradowani do poziomu podczłowieka.

Życie

Zgodnie z planem walk zaprowiantowanie powstańców było przewidziane na 3 dni. Każdy miał swój przydział, taki jak na czas wojny. Po 3 dniach żołnierze musieli sami zdobywać prowiant. W początkowych tygodniach powstania z pomocą szła ludność cywilna, lecz później sama miała już niewiele do jedzenia. Od pierwszego dnia walk mieszkańcy tworzyli też komitety blokowe, które organizowały kuchnie polowe. W połowie sierpnia żywieniem zarówno powstańców, jak i ludności cywilnej zajęła się Rada Główna Opiekuńcza, która wydawała dziennie blisko 30 tys. obiadów. Nadto kilka tysięcy powstańców zaopatrywało się, zdobywając magazyny żywnościowe wroga. Prawdziwym jednak rarytasem były warzywa z ogródków działkowych – również tych uprawianych w podwórkach kamienic. Przez kilka tygodni dla wielu tysięcy żołnierzy i cywilów podstawowym wyżywieniem była pszenica zdobyta w browarze Haberbuscha. Gotowano z niej znaną zupę „plujkę”. Pod koniec walk wielu ludziom musiało jednak starczyć mięso padłego konia, kota czy psa.

Reklama

– Wielokrotnie niemal przed śmiercią głodową ratowały nas słoiki z konfiturami pozostałe jeszcze po zimie gdzieś w kątach zdobytych piwnic – wspomina powstańcza sanitariuszka Maria Nestorowicz ze zgrupowania „Kryska”, które walczyło na Powiślu. – Już po kilku dniach bardzo trudny okazał się natomiast dostęp do wody, który Niemcy nam odcinali. Na ulicach, w podwórkach, czasem pod ostrzałem okupantów, ludzie stali w długich kolejkach do ocalałego kranu czy studni. W pewnym momencie, pod koniec powstania, niektórym tak dokuczał głód, że większą radością było znalezienie czegoś do jedzenia niż atak na Niemca.

Śmierć

Każdy dzień przynosił nowe wydarzenia, nieznane dotychczas młodym. Zaskoczeniem, choć teoretycznie czymś przewidywalnym, była śmierć kolegów, koleżanek. Nastoletnich: 12-, 13-, 15-letnich kurierów, listonoszy. Tadeusz Różycki, 13-letni wówczas „Zawiszak”, listonosz Harcerskiej Poczty Polowej, wspomina: – Z racji młodego wieku może tego wtedy nie rozumiałem, lecz naprawdę przechodziło się nad śmiercią, choć nie bez smutku, szybko, jak nad codziennością.

Pogrzeby odbywały się codziennie. Najpierw z trumną, z kwiatami, asystą honorową, później już tylko grzebano – najszybciej, jak tylko się dało. Z księdzem, jeśli to było możliwe, ale zawsze z krzyżem i nazwiskiem powstańca. – Jeśli dało się go rozpoznać – zaznacza Janina Chmielińska, dziś siostra zakonna, w powstaniu sanitariuszka.

– Co i rusz padali nasi koledzy, a myśmy nic nie mogły zrobić... Tylko tyle, żeby przenosić rannych do szpitali polowych. Zabitych na razie nikt nie ruszał, im już nie można było pomóc, a szybko można było się znaleźć obok nich – opowiada Maria Nestorowicz. – Ciężko ranna w brzuch została nasza komendantka Janka Trzcińska. Umarła nad ranem. Płacząc, zbijałyśmy jej trumnę z nieheblowanych desek. Poszłam pod ostrzałem, żeby zebrać dla niej żółte kwiaty... Niedługo po niej zamordowany został przez Niemców nasz kolega „Rudy”, czyli ks. Józef Stanek, który udzielił Jance ostatniego namaszczenia. Na Powiślu były przygotowane 3 szpitale. Niemcy je zbombardowali. Personel i pacjenci, którzy przeżyli, zostali zamordowani. Sytuacja była beznadziejna. Jedyne, co można było dać rannym, to modlitwa i pocieszenie. Zresztą, księża często byli przy nas. Przy większym zelżeniu w ostrzałach odprawiali Msze św. Eucharystia dla nas, bezbronnych, była jedyną nadzieją.

Józefa Słupińska, szarytka, w czasie wojny zawodowa pielęgniarka posługująca w Szpitalu Dzieciątka Jezus, wspomina: – Nasz szpital w czasie okupacji funkcjonował zupełnie normalnie. Dopiero podczas powstania zrobiło się strasznie, bo każdego dnia wpadali do nas Niemcy i szukali powstańców. Zawsze jednak udawało nam się ich ukryć.

– Ciągle byłam przy operacji. Komuś amputowało się nogę, innemu rękę. Kogoś nie dało się już uratować, zmarł na prymitywnym stole operacyjnym w zorganizowanym naprędce szpitalu – opowiada Maria Kurkowska, w czasie powstania 20-letnia zawodowa pielęgniarka. – Nasi lekarze podejmowali nadludzki wysiłek, by im ratować życie, młodziutkim chłopcom, dziewczynom. Nie pamiętam, żebym w czasie całego powstania odpoczywała kiedykolwiek poza snem. Albo rozmawiała o czymś innym niż o tym, co było potrzebne podczas operacji.

Życie

– Rozmawialiśmy na ogół na temat tego, co wydarzyło się przed chwilą, albo komentowaliśmy teksty Biuletynu Informacyjnego opisujące wydarzenia w innych dzielnicach – opowiada Juliusz Kulesza, w czasie powstania 16-latek walczący na Nowym Mieście w Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych. – Żyliśmy w ciągłym napięciu, bo Niemcy niemal stale nas atakowali. Były więc walki albo sen. I ciągłe napięcie. Może były jakieś prywatne rozmowy, ale dziś już jestem przekonany, że mówiliśmy tylko o walce.

Ale nie każdy dzień był walką. Niekiedy bywały chwile wytchnienia. Każdego dnia Polskie Radio nadawało muzykę. Również powstańcze Radio Błyskawica, oprócz komunikatów o walkach, emitowało poezję powstańczą, a także muzykę. W piwnicach domów, czasem w kościołach znani warszawscy artyści dawali koncerty słowno-muzyczne. Jak choćby Mieczysław Fogg czy Maria Henryka Przybyłko-Potocka. Na Powiślu działał teatrzyk „Kukiełki pod barykadą”. Widzami były nie tylko dzieci i ludność cywilna, ale w rzadkich chwilach wytchnienia również powstańcy. Jedną z twórczyń teatrzyku była żołnierz AK, plastyczka Zofia Rendzner, dziś Czerwosz. Aktorką i autorką tekstów była natomiast Krystyna Berwińska. – Pisałam na ulicy, w domu. Jedne teksty były do śpiewania, inne były dialogami – wspomina dziś. – Występowali u nas m.in. bardzo popularny przed wojną spiker radiowy Józef Małgorzewski i jego żona śpiewaczka, akordeonista Roman Jaglarz, Jola Jeleniewska, Włodek Kaniewski. Byli również polonista Jan Dadlez, poeta Janek Brzechwa. Lalki bez trudu zrobiła Zofia Czerwosz. Śpiewaliśmy wiele patriotycznych piosenek. Chcieliśmy dać ludziom chwilę odpoczynku od tych strasznych rzeczy, które się działy za murem podwórek. Trochę odpoczynku od śmierci...

Tagi:
historia powstanie Powstanie Warszawskie

Reklama

Polski Titanic

2019-12-10 08:48

Grzegorz Gadacz
Niedziela Ogólnopolska 50/2019, str. 46-47

Wielu Polaków pamięta zapewne transatlantyk MS „Batory”. Żyją jeszcze ci, którzy nim płynęli. Niewielu jednak wie, że „Batory” miał starszego brata bliźniaka, który pływał po oceanach pod nazwą MS „Piłsudski”

Henryk Poddębski, 1935/Biblioteka Narodowa
Ms „Piłsudski”

Polska, która się odrodziła po I wojnie światowej, była biednym krajem. Zdawano sobie jednak sprawę, że skromny odcinek wybrzeża, który przypadł nam w udziale, trzeba wykorzystać jak najlepiej. W krótkim czasie podjęto decyzję o budowie nowoczesnego portu w Gdyni i własnej floty.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Spowiedź jak to (nie)łatwo powiedzieć

2019-12-04 07:07

Ks. Krzysztof Podstawka
Niedziela Ogólnopolska 49/2019, str. 16-17

„Przynajmniej raz w roku spowiadać się” – przypomina nam jedno z przykazań kościelnych. Zasadniczo nie kwestionuje się potrzeby spowiedzi, czyli, jak precyzuje to Katechizm Kościoła Katolickiego – „poddania się miłosiernemu osądowi Boga” (n. 1470). W praktyce jednak różnie z tym bywa. Zdarza się, że spowiedź przysparza wielu trudności i rodzi liczne kontrowersje. Przyjrzyjmy się niektórym stereotypom myślenia o tym sakramencie

stock.adobe.com

„Nie chodzę do spowiedzi, bo nie mam grzechów. Nikogo nie zabiłem, nie okradłem, nie zdradzam żony/męża i co niedzielę chodzę do kościoła, to czym mam Panu Bogu głowę zawracać”...
Przede wszystkim nie wyobrażam sobie, by Bóg mógł ulec stanowi „zawrotu głowy”. Komu jak komu, ale Bogu na pewno „nic, co ludzkie, nie jest obce”. Przytoczona powyżej wypowiedź, dosyć znamienna zresztą i wyrażająca dość rozpowszechniony pogląd, stanowi – moim zdaniem – bardziej próbę samousprawiedliwienia się niż świadectwo własnej moralności. Przede wszystkim dziękowałbym Bogu za to, że ustrzegł mnie przed popełnieniem rzeczy ohydnej. Z troską pochyliłbym się natomiast nad tym, co mogło umknąć refleksji nad moim własnym życiem. Zakładam, że każdy człowiek jest zdolny do takiej refleksji i z pewnością prowadzi ją ze sobą samym w formie jakiegoś wewnętrznego dialogu. Stanięcie w prawdzie o swoim życiu uświadamia nam, że nie taki święty i nie taki straszny jest człowiek, jakim go malują. „Święty Jan Apostoł przypomina nam: «Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy» (1 J 1, 8). Sam Pan nauczył nas modlić się: «Przebacz nam nasze grzechy» (Łk 11, 4), łącząc wybaczanie sobie nawzajem win z przebaczeniem grzechów, jakiego udzieli nam Bóg” (KKK 1425).

„W czasie Mszy św. jest spowiedź powszechna – po co jeszcze konfesjonał? Dla mnie to trauma, której unikam jak ognia”.
Rzeczywiście, spowiedź nie jest łatwym doświadczeniem. Nieprzygotowana i niedbale przeprowadzona może prowadzić do różnorodnych traum, które rodzą się w konsekwencji nierozwiązanych problemów. Akt pokuty na początku Mszy św., zwany spowiedzią powszechną, nie jest sakramentem pokuty ani spowiedzią w pełnym znaczeniu. Jest stanięciem przed Bogiem w postawie skruchy, żalu z pragnieniem zmiany życia. Oczyszcza nas z grzechów lekkich, zwanych powszednimi, i przysposabia do pełnego uczestnictwa w Uczcie eucharystycznej, czyli do przyjęcia Ciała i Krwi Pańskiej. Zbawcza moc Eucharystii odpuszcza nam grzechy powszednie, ale nie grzechy śmiertelne. Niech nas nie zwodzi przekonanie, że uczestnictwo w Eucharystii zwalnia nas z obowiązku pozbycia się swych grzechów.

„Przez gardło mi nie przejdzie mówienie w konfesjonale o sprawach seksu. Ja nawet z mężem/żoną o tym nie rozmawiam, a co dopiero z księdzem... Jak mam niby o tym mówić: ile razy, z kim...? Czy to takie ważne? Przecież Pan Bóg dobrze wie, że nabroiłem(łam). A ciekawości księdza nie będę zaspokajać. Nie mówię o tym przy spowiedzi”.
Czy życie byłoby łatwiejsze i szczęśliwsze bez szóstego przykazania? Wątpię. Skoro Bóg je ustanowił, to coś w tym jest. Zbyt wiele nieszczęść i ogromnych tragedii wynikło z niegodnego używania i nadużywania ludzkiej płciowości. Wydaje się, że zbyt mało rozmawiamy o seksie z tymi, z którymi powinniśmy o nim rozmawiać. Zwłaszcza z tymi, za których jesteśmy odpowiedzialni (narzeczeni, współmałżonkowie, własne dzieci). Co do ciekawości księdza, proszę wierzyć, że jego ewentualne pytania służą jedynie doprecyzowaniu natury problemu, a nie zaspokajaniu własnej ciekawości. Mają pomóc w dotarciu do przyczyn grzechu, a w konsekwencji – w znalezieniu rozwiązania. Zatajanie grzechów nie tylko czyni spowiedź nieważną, ale również szkodzi temu, kto się spowiada, pozostawia go w sytuacji „wyjściowej”. Stwarza ryzyko bagatelizowania problemu i prowadzi do utrwalenia go, co naraża człowieka (oraz inne osoby) na ogromne niebezpieczeństwo.

„Od dziecka spowiadam się z kłamania/oszukiwania/plotkowania/intrygowania i... stale to robię. Nie wierzę, że uda mi się przestać, bo już próbowałem(łam). Po co ciągle powtarzać to samo, skoro i tak wiadomo, że swojej natury nie zmienię”...
Teologia przypomina, że łaska Boża buduje na naturze. Aby w pełni doświadczyć Bożej obecności i działania Boga w swoim życiu, należy pracować nad własnym charakterem. Tymczasem dość rozpowszechniony jest dziś pogląd wyrażający się w stwierdzeniu: „Jakiego mnie, Panie Boże, stworzyłeś, takiego mnie masz”. Sakrament pokuty pomaga w odkryciu swojej prawdziwej natury, czyli takiej, w jaką wyposażył nas Bóg. Istotną właściwością tej natury jest to, że jako ludzie jesteśmy, z natury właśnie, otwarci na Boga, na nieskończoność, wieczność, tajemnicę. Twierdzenie, że niemożliwe jest dokonanie zmiany w swoim życiu, świadczy o słabości wiary, nie tylko w Boga, ale również w swoje własne siły. Dla własnego dobra warto nad tą wiarą pracować, a spowiedź doskonale w tym pomaga. Każda praca, która ma przynieść spodziewany rezultat, wymaga nieustannej walki, wzlotów i upadków. Jedynie wtedy można się cieszyć z odniesionych sukcesów. To wszystko kształtuje charakter i zmienia krnąbrną ludzką naturę.

„Zadośćuczynienie? Czyli mam iść do szefa i mu powiedzieć, że od lat wynoszę z pracy różne rzeczy? Spalę się ze wstydu i dobrze będzie, jak mnie nie wyrzucą z pracy – więc na co to komu, jaka z tego korzyść? ”.
Faktycznie, zadośćuczynienie Bogu i człowiekowi, zwłaszcza temu, któremu wyrządziło się krzywdę, jest jednym z istotnych warunków sakramentu pokuty. Należy bezwzględnie naprawić to, co się „zepsuło” (względem rzeczy, osób, sytuacji). Sakrament ten nie ogranicza się jedynie do spowiedzi, czyli: ustnego wyznania grzechów uprawnionemu do ich wysłuchania kapłanowi i ewentualnego udzielenia przez niego rozgrzeszenia. Jest natomiast jednym z jego elementów, zwanych warunkami, czyli rachunku sumienia, żalu za grzechy, mocnego postanowienia poprawy oraz zadośćuczynienia właśnie. „Spalenie się ze wstydu” może się stać początkiem zadośćuczynienia, przywrócenia zniszczonej przez zły postępek sprawiedliwości. Wyrzucenie z pracy staje się bardziej ryzykowne w sytuacji, gdy o „recydywnej” kradzieży szef dowie się np. od innej osoby. Przyznanie się do winy może natomiast zostać odebrane jako wyraz uczciwości, nawet jeśli cnota ta niekoniecznie cieszy się w naszych czasach popularnością. Moim zdaniem, ryzyko wyrzucenia z pracy w takim przypadku jest znacząco mniejsze niż w sytuacji przyłapania na gorącym uczynku. Jeśli jednak wskutek popełnionych kradzieży przyszłoby pożegnać się z pracą, to zgodnie z przysłowiem – lepiej zawczasu dmuchać na zimne albo wypić to, co się nawarzyło. Najlepiej zaś dążyć do tego, by w każdej sytuacji być przyzwoitym.

„Mam się przyznać, że naopowiadałam(łem) nieprawdy koledze o jego narzeczonej, a on się tak wkurzył, że ją zostawił? Stracę przyjaciela, a oni i tak już ze sobą nie będą”...
Chciałoby się powiedzieć, że trzeba było pomyśleć wcześniej o ewentualnych konsekwencjach niepotrzebnego użycia języka. Kłamstwo zawsze i w każdej sytuacji jest złe i rodzi kolejne zło. W przytoczonym przypadku mamy do czynienia z niewłaściwie uformowanym sumieniem albo tzw. sumieniem niedojrzałym. Oto ktoś nazywa swoim przyjacielem osobę, której wyrządza krzywdę, przyczyniając się do zniszczenia jej związku. Czy w tej sytuacji można w ogóle mówić o przyjaźni? Co więcej, wypowiadający cytowane słowa występuje w roli wróżki, która dokładnie wie, jak potoczą się dalsze losy wspomnianej pary. Na postawione na początku pytanie odpowiem: Tak, trzeba się przyznać. Trzeba się przyznać nie tylko w konfesjonale, ale i wobec kolegi. Wyrządzona krzywda musi zostać naprawiona stosownie do miary wyrządzonego zła. Przyznanie się jest istotnym warunkiem takiego zadośćuczynienia. Jedynie na prawdzie można budować autentyczną przyjaźń. Przyjaźnie nieautentyczne nie istnieją.

„Proszę księdza, ja się nie chcę spowiadać, ale tam siedzi mój wnuczek i chcę mu pokazać, że też chodzę do spowiedzi. Mogę chwilę posiedzieć? ” (autentyczne zdarzenie).
Nie i jeszcze raz – nie! Tylko autentyzm rodzi naśladownictwo, które zaprowadzi do prawdy. Trzeba się wystrzegać wszelkich form kłamstwa czy udawania, zwłaszcza, a może przede wszystkim w tzw. dobrej wierze. Poza tym nie wolno symulować uczestnictwa w sakramentach. Zatroskanej o wiarę swojego wnuczka babci warto doradzić odbycie rozmowy, w której wyjaśniłaby dziecku, o co tak naprawdę chodzi w spowiedzi i czemu ona służy. Nic nie zastąpi rodzinnej katechezy i nikt nie jest bardziej odpowiedzialny za rozwój wiary dziecka niż jego najbliższe, rodzinne środowisko.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Skworc do kandydatów do akolitatu: Bądźcie heroldami Eucharystii

2019-12-15 09:03

asp / Katowice (KAI)

Metropolita katowicki przewodniczył dzisiaj obrzędowi włączenia alumnów Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego do posługi akolitatu. Do tej posługi przystąpiło 8 kleryków IV roku seminarium. W ten sposób stali się oni nadzwyczajnymi szafarzami Komunii św. Bądźcie zawsze heroldami Eucharystii - mówił do nich abp Wiktor Skworc.

KEP

W sobotę klerycy IV roku w kaplicy Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego przystąpili do posługi akolitatu. Obrzędowi przewodniczył metropolita katowicki abp Wiktor Skworc.

Hierarcha w homilii przypomniał, że słowo akolita, pochodzi od greckiego słowa: „akóloutheo” i oznacza: „iść za kimś, naśladować, towarzyszyć”. Zwracając się do kandydatów do akolitatu mówił o ich obowiązkach związanych z Eucharystią: "winniście jej służyć i ją rozdzielać wiernych, zwłaszcza chorym. Nakładam na was obowiązek zapraszania do udziału w Eucharystii, tym bardziej, że historia opowiedziana w dzisiejszej Ewangelii się powtarza. Syn Człowieczy, który zapowiedział, że będzie z nami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata, nie jest rozpoznawalny w pokornych znakach chleba i wina; co więcej bywa lekceważony, zapomniany, a nawet znieważany!" - wołał metropolita katowicki.

- Wasze zapraszanie będzie skuteczne, jeśli w sprawie Eucharystii będziecie jak prorok Eliasz – jak ogień; jeśli przyjmiecie i będzie gorliwie prowadzili eucharystyczny styl życia, jak patron dzisiejszego dnia, św. Jan od Krzyża - podpowiadał abp Skworc.

Przypomniał też, że "Prawdziwa cześć dla Eucharystii dobywa się z tajemnicy „nocy” czynną miłością bliźniego". - Eucharystia do tej miłości wychowuje nas w sposób najgłębszy, ukazuje bowiem, jaką wartość w oczach Bożych ma każdy człowiek, nasz brat i siostra, skoro każdemu w taki sam sposób Chrystus daje siebie samego pod postaciami chleba i wina - zwracał się do akolitów metropolita katowicki. - Jeżeli praktykujemy autentyczny kult eucharystyczny, w oczach naszych musi rosnąć godność każdego człowieka. A poczucie tej godności staje się najgłębszym motywem naszego odniesienia do bliźnich.

Abp Skworc podkreślał, że "musimy też wówczas stawać się szczególnie wrażliwi na każde ludzkie cierpienie i niedolę, na każdą niesprawiedliwość i krzywdę, szukając, w jaki sposób praktycznie jej zaradzić." - Uczymy się z szacunkiem odkrywać prawdę o człowieku wewnętrznym, bo przecież właśnie to wnętrze staje się sakramentalnym mieszkaniem Boga w Eucharystii - wzywał w homilii.

Na koniec, zwracając się do alumnów, powiedział: "Bądźcie zawsze heroldami Eucharystii! Wskazujcie – na Ciało Pańskie i Jego Krew jak to czyni za św. Janem Chrzcicielem każdy celebrans: Oto Baranek Boży! Błogosławieni, którzy zostali wezwani na ucztę Baranka."

Posługa akolitatu jest udzielana alumnom seminarium na IV roku formacji. W ten sposób stają się oni nadzwyczajnymi szafarzami Komunii św. i mogą jej udzielać w czasie Eucharystii oraz poza nią. Ich posługa skierowana jest zwłaszcza do chorych, którzy nie mogą uczestniczyć w Mszy św. w kościele. Akolici mogą również wystawić oraz dokonać repozycji Najświętszego Sakramentu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem