Reklama

Wywiady

Dziewczyna z nieba

Skromna, życzliwa i odważna. W 2019 r. zdobyła mistrzostwo świata w akrobacji szybowcowej. Pokonała zawodników z 13 państw. Jest pierwszą kobietą w historii, która zdobyła ten tytuł.

Niedziela Ogólnopolska 3/2020, str. 46-47

[ TEMATY ]

wywiad

pasja

Krzysztof Tadej

Krzysztof Tadej: Szybowce kojarzą się ze spokojnymi, cichymi i wolnymi lotami. Czy tak jest również, gdy wykonujesz akrobacje szybowcowe?

Patrycja Pacak: Spokojnie jest tylko podczas startu. Wtedy, gdy szybowiec jest holowany. Później, już wysoko w niebie, wszystko dzieje się bardzo szybko. Wiązanka wykonywanych figur w akrobacji szybowcowej trwa 3 minuty. Latamy z prędkościami do 300 km na godzinę. Nie ma czasu na zastanawianie się. O sukcesie decydują ułamki sekund. W czasie lotu mamy bardzo duże zmiany przyspieszeń i prędkości. Nieraz następuje kompletna cisza, np. gdy lecę szybowcem pionowo do góry, wytracam całkowicie szybkość i jestem „zawieszona” w powietrzu. Po chwili pikuję, lecę w dół.

- Nie każdy może to wytrzymać...

- Kiedyś zrobiłam prezent mojemu tacie z okazji Dnia Ojca. Zaprosiłam go na lot szybowcem. Zrobiłam jedną pętlę. Spytałam: „Może jeszcze drugą zrobimy?”. Ale nie chciał. Odpowiedział, że już wystarczy. Nie wiem dlaczego (śmiech).

- Odczuwasz przeciążenia w czasie lotu?

- Odczuwalne są przeciążenia do 10 G na plusie i do 7 G na minusie.

- Co to oznacza?

- Jeśli lecimy z przeciążeniem 10 G, to ręka waży 10 razy więcej. Jeśli chcemy ją podnieść, musimy włożyć w to 10 razy więcej siły. W szybowcu wykonujemy bardzo ciężką pracę. Nie tylko psychiczną, ale i fizyczną. Po treningu nieraz czuję się tak, jakbym rozładowała wagon węgla.

- Jakie trzeba mieć cechy, żeby wykonywać akrobacje szybowcowe i osiągać sukcesy?

- Obok umiejętności pilotowania najważniejsze są spokój i maksymalna koncentracja. Tak jak w innych dyscyplinach sportu, gdy umiejętności zawodników są porównywalne, o sukcesie decyduje to, co jest w głowie zawodnika. Jego determinacja, opanowanie, umiejętność przewidywania, podejmowanie błyskawicznych decyzji, wytrzymałość na stres. W akrobacji szybowcowej nie można pozwolić sobie na chwilę dekoncentracji i najmniejszy błąd. Opowiem o jednym zdarzeniu z mistrzostw świata w Rumunii. Zawody były długie, trwały dwa tygodnie. Konkurencje odbywały się niemal każdego dnia. Podczas jednego ze startów zorientowałam się, że w szybowcu nie działa system pomiaru wysokości. Skontaktowałam się z sędzią głównym, poinformowałam o problemie i z wysokości 1300 m natychmiast zaczęłam „schodzić” do ziemi, żeby wylądować. Cała koncentracja, myślenie o przygotowanym planie figur nagle zostało zburzone. Do tego wszystkiego panował ogromny upał, a przed startem pilot siedzi w szybowcu w pełnym słońcu. W środku jest nieraz 40 stopni. Po tej awarii musiałam szybko dojść do siebie i powtórzyć lot. Po jego zakończeniu trener kadry – prezes Aeroklubu Polskiego Jerzy Makula powiedział, że potrafiłam się opanować i bez emocji wykonać zadanie, i dzięki temu osiągnęłam dobry wynik. Te słowa były dla mnie bardzo ważne. Wypowiedział je przecież jeden z najlepszych polskich pilotów.

- Jerzy Makula był siedmiokrotnym mistrzem świata w akrobacji szybowcowej i czterokrotnym srebrnym medalistą. Osiem razy zdobył tytuł drużynowego mistrza świata.

- Wielkie nazwisko i wielki mistrz. Rozpoznawalny na całym świecie. My, szybownicy, mamy szczęście, że możemy się wzorować na znakomitych polskich pilotach. W akrobacji szybowcowej Polacy mają niesamowite osiągnięcia. Nasi piloci to legendy lotnictwa. Szkoda, że tak mało pisze się o tym w Polsce.

- Kto jeszcze jest dla Ciebie autorytetem w tej dziedzinie?

- Na przykład Maciej Pospieszyński – znakomity pilot szybowcowy i samolotowy. Bardzo cenię i lubię medalistę mistrzostw świata Michała Klimaszewskiego. Pomaga mi podczas lotów, wspiera i doradza. Są też inni. Każdy z pilotów ma swój styl. Z uwagą słucham mistrzów.

- W jednym z wywiadów powiedziałaś: „Niestety, to nie jest tani sport...”.

- Godzina lotu kosztuje ok. 3,5 tys. zł.

- Podobno zrezygnowałaś z zakupu kanapy i spałaś na karimacie, żeby móc więcej latać...

- Oszczędzałam na wszystkim, żeby wykonać jak najwięcej lotów przed mistrzostwami świata. Bez nich nie osiągnie się sukcesu w zawodach na najwyższym poziomie. 60 lotów przed mistrzostwami to, moim zdaniem, minimum, żeby mieć szansę rywalizować z najlepszymi. Trzeba było wyłożyć dużo własnych pieniędzy, żeby osiągnąć sukces. Aeroklub nie ma tylu środków, żeby pokryć wszystkie koszty, ale bez Aeroklubu sukcesy w ogóle nie byłyby możliwe. Miałam wsparcie finansowe od rodziny. Udało się.

- Zbliżają się kolejne mistrzostwa świata...

- W drugiej połowie lipca 2020 r., tym razem w Polsce, w Lesznie. Mam otrzymać stypendium z Ministerstwa Sportu. Bardzo się cieszę, bo każde wsparcie jest niezwykle ważne, zwiększa bowiem szanse na sukces. Przy okazji warto jasno powiedzieć, że jeśli ktoś chce latać na szybowcach, żeby osiągnąć korzyści materialne, to się rozczaruje. Wznosimy się do nieba z miłości, a nie dla pieniędzy.

- Co dla Ciebie, dziewczyny z nieba, jest najpiękniejsze w lataniu?

- Poczucie wolności. Gdy unoszę się nad ziemię, to mam wrażenie, że znajduję się w jakimś innym wymiarze. Problemy zostają na dole, jestem od nich oderwana. W niebie można nabrać dystansu do wszystkiego, co jest mało ważne.

- Zaczynałaś loty szybowcem, gdy miałaś zaledwie 16 lat.

- Kiedy pierwszy raz poleciałam szybowcem, to już wiedziałam, że nigdy nie przestanę latać. Dużo osób pyta, dlaczego latam. Mówią o ryzyku. Odpowiadam, że jedni chodzą po górach, inni biegają, a jeszcze inni latają. Nikt precyzyjnie nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego to robi. Podobnie jest ze mną. Po każdym locie mam ogromną satysfakcję, że się udało, i poczucie spełnienia w życiu.

- Na co dzień zajmujesz się badaniem... wypadków lotniczych.

- Rozpoczęłam pracę po ukończeniu kierunku lotnictwo i kosmonautyka na Politechnice Rzeszowskiej. W czasie studiów uczyłam się również w Hiszpanii, na Uniwersytecie Walenckim. Zdobyłam potrzebną wiedzę, a osobiste doświadczenia w lataniu tylko ją pogłębiły. W Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych zajmuję się wypadkami i incydentami lotniczymi, które dotyczą szybowców, motoparalotni, wiatrakowców, małych samolotów. W komisji zajmującej się tzw. dużym lotnictwem, np. samolotami pasażerskimi, badam czarne skrzynki, dane z rejestratorów.

- Pochodzisz z Częstochowy. Odwiedzasz sanktuarium Matki Bożej na Jasnej Górze, gdy jesteś w tym mieście?

- Rozmawiamy w Warszawie, a rano byłam w Częstochowie. Tam mieszkają moja rodzina. Rano byłam w sanktuarium. Jasna Góra to dla mnie bardzo bliskie miejsce, bo wiara jest dla mnie bardzo ważna. Nadaje sens życiu, pozwala usystematyzować to, co najbardziej istotne.

- Jakie są Twoje plany, marzenia?

- Chciałabym zorganizować pierwsze w historii mistrzostwa Polski kobiet w akrobacji szybowcowej. Warunkiem jest zebranie przynajmniej 5 zawodniczek mających doświadczenie latania w kadrze narodowej. Mam nadzieję, że takie mistrzostwa się odbędą, a uczestniczek będzie więcej niż niezbędne minimum.

Patrycja Pacak
Związana z Aeroklubem Częstochowskim od początku lotniczej kariery, którą rozpoczęła w 2010 r. Rok później zaczęła się uczyć akrobacji. Jej pierwszą pasją były szachy, w których osiągała sukcesy.

2020-01-14 10:24

Ocena: +3 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Powierzchowna duchowość Polaków – rozmowa z Krzysztofem Pendereckim (przypomnienie)

2020-03-29 11:24

[ TEMATY ]

wywiad

Krzysztof Penderecki

PAP/EPA/ELONARDO MUNOZ

Duchowość większości Polaków jest bardzo powierzchowna – oceniał Krzysztof Penderecki w rozmowie z KAI z okazji swoich 75. urodzin i 55-lecia pracy twórczej. „Jesteśmy niewolnikami przywiązania do tradycji, celebrujemy śluby, chrzty, pogrzeby, biesiadujemy... Potrzeba nam więcej duchowej głębi i autentyczności” – oceniał wybitny kompozytor i dyrygent. Mówił też o swoim rozumieniu polskości, sukcesach i porażkach artystycznych, muzyce w polskich kościołach i Janie Pawle II. Artysta zmarł dziś rano w Krakowie w wieku 86 lat.

Krzysztof Tomasik (KAI): Podwójny jubileusz: 75. urodzin i 55-lecie pracy twórczej to dobra okazja do podsumowań. Co Pan Profesor uważa za swój największy sukces, a co za największą porażkę?

Krzysztof Penderecki: – Bez porażek nie ma sukcesów. Na niepowodzeniach człowiek się najlepiej uczy. W przypadku dyrygenta do najbardziej bolesnych należy bez wątpienia brak publiczności na koncercie. Zdarzyło mi się to między innymi podczas tournée po Włoszech z orkiestrą La Fenice z Wenecji. Pojechaliśmy do pewnego miasteczka, gdzie na koncert do dużej sali przyszło jedynie 12 osób. Musieliśmy ich przeprosić i odwołać koncert. Zapamiętałem to, ponieważ moja siedmioletnia wówczas córeczka bardzo płakała z tego powodu. Później okazało się, że w tym samym czasie odbywał się festyn ludowy.

Przeczytaj także: Penderecki: współczesny człowiek przeżywa kryzys sensu

- A sukces?

- – Było ich wiele. Najbardziej przeżyłem prawykonanie Pasji wg św. Łukasza w Münster w 1966 r.

- Jednym z Pańskich zamierzeń twórczych oprócz Pasji św. Jana i XI Symfonii jest opera dla dzieci. Czy to dzieło zainspirowało jakieś wydarzenie z dzieciństwa? Co z tego okresu pozostawiło w Panu najtrwalszy ślad?

- – Z jednej strony było cudownie. Miałem wspaniałą, kochającą się rodzinę. Ale to, co najlepiej pamiętam z tamtego okresu, to niestety czasy wojny i okupacji, kiedy co raz odchodził niespodziewanie i w dramatycznych okolicznościach ktoś z rodziny. Jednego z wujków zamordowano, z innymi członkami rodziny traciło się kontakt i nic nie wiadomo było o ich losie. Temat śmierci był stale obecny w czasie rodzinnych rozmów. Doznania z wczesnego dzieciństwa pozostawiły we mnie głębokie ślady. Dlatego może i moja muzyka powraca do tematyki przemijania i śmierci. Te wielkie tematy są stale obecne w mojej twórczości. Nie zajmuję się sprawami błahymi i nieważnymi.

- Pochodzi Pan z rodziny wielokulturowej i wielowyznaniowej. Dziadek był z pochodzenia Niemcem, babka Ormianką, ojciec został ochrzczony w Cerkwi greckokatolickiej. Czy to ma także wpływ na Pana twórczość?

- – Bez wątpienia tak. Rodzina mojego ojca pochodziła spod Stanisławowa, z dzisiejszej Ukrainy. Stąd może jest w mojej twórczości trochę tej fantazji i otwartości na inne kultury. Tato został ochrzczony w cerkwi greckokatolickiej i stąd też moje ciągoty do obrządku bizantyjskiego. Napisałem kilka utworów inspirowanych liturgią prawosławną m. in.: „Jutrznię”, „Hymn do św. Daniła”, „Pieśń cherubinów”. Nie napisałem natomiast żadnych utworów odwołujących się do tradycji ormiańskiej, ale mam zamiar to zrobić. W tym roku odbył się pięciodniowy festiwal mojej muzyki w Armenii, w Erywaniu. Niektóre koncerty zaszczycał swoją obecnością najwyższy patriarcha i katolikos wszystkich Ormian Garegin II. Obiecałem publicznie, że napiszę utwór inspirowany ormiańską kulturą. Będzie to utwór a cappella do tekstu ormiańskiego.

- Jest Pan Profesor obywatelem świata. Pańskie utwory wykonywane są w wielu krajach, kalendarz koncertowy wypełniony na kilka lat naprzód. Z drugiej strony Krzysztof Penderecki niejednokrotnie deklaruje swoją polskość i katolickość. Co znaczy dla Pana bycie katolikiem?

- – Katolickość to przede wszystkim przynależność do pewnej kultury i do konkretnego miejsca, jakim jest Polska. Nasz katolicyzm jest inny od np. niemieckiego czy hiszpańskiego. Ponadto wychowałem się w głęboko wierzącej rodzinie katolickiej; szczególnie ujmująca była religijność mojej babci, mamy i dziadka. Nawiasem mówiąc, moja rodzina była tak ortodoksyjnie katolicka, że w domu nie piło się alkoholu, uważając to za grzech. Do dzisiaj mam przed oczyma moje niedzielne Msze św. Przez pewien czas nawet kalikowałem, czyli naciskałem drągi miechów organowych w kościele podczas gry na organach. Wszystko to, co chłonąłem jako dziecko, cała obrzędowość religijna, wywarły na mnie niezatarte piętno. Ponadto najważniejszą księgą w domu, a mieliśmy bardzo dużą bibliotekę, było Pismo Święte. To wszystko oddziaływało na stale poszerzany krąg moich zainteresowań muzyką sakralną. Oczywiście, nie wychowywałem się na muzyce sakralnej, gdyż w Dębicy, poza kościołem z kiepskim organistą, nie było miejsc, gdzie wykonywano by ten typ muzyki. Potem, w czasach komunistycznych, deklaracja, że jest się katolikiem było opowiedzeniem się po określonej stronie barykady. Muzyka religijna poza kościołem była praktycznie zabroniona. Jeśli orkiestra państwowa chciała wykonać utwór religijny w świątyni, musiała otrzymać pozwolenie. I oczywiście nie uzyskiwała go. Moje skomponowane w 1957 r. „Psalmy Dawida” czy „Stabat Mater” długo nie były wykonywane.

- Nie przeżywał Pan religijnego „nieba w płomieniach”?

- – Myślę, że chyba każdy coś takiego przeżywa. Miałem takie chwile zwątpienia: jak możliwy jest Bóg… świat…

- A co znaczy dla Pana bycie Polakiem?

- – Jestem Polakiem m. in. dlatego, że członkowie mojej rodziny w czasie wojny ponieśli ofiary z życia tylko dlatego, że byli Polakami. Mój dziadek Robert, który był niemieckiego pochodzenia, nigdy nie wyparł się swojej polskości. Był wśród nas chyba największym polskim patriotą. Niemcy chcieli, aby podpisał niemieckie papiery, tzw. Reichsdeutschliste. Nie zrobił tego. Na szczęście miał ponad 70 lat i zostawiono go w spokoju. Wszyscy moi wujowie byli w legionach Piłsudskiego. Jeden z nich zginął na Pawiaku w Warszawie. Ci, którzy przeżyli, działali później w Armii Krajowej. Jeszcze inny wuj został zamordowany w Katyniu. Dlatego też, gdy Andrzej Wajda powiedział mi, że zamierza kręcić film o Katyniu, to powiedziałem mu, że ma do niego użyć mojej muzyki.

- Chrześcijaństwo, religia, sacrum stale inspiruje pańską muzykę.

- – Nie tylko. To jest oczywiście główny nurt mojej muzyki. Obracam się głównie w sferze sacrum, a nie profanum. Boga można chwalić nie tylko pisząc muzykę religijną. Na przykład Bóg jest we wszystkich tekstach użytych w VIII Symfonii. Obecność Stwórcy w tym utworze jest niezwykle ważna i namacalna. Nie trzeba pisać tylko „Stabat Mater”, aby pozostać w sferze sacrum.

- Czy Kościół potrzebuje muzyki Pendereckiego?

- – Niemiecki – tak, polski już nie bardzo. Na początku nikt z polskiego Kościoła nie interesował się moją twórczością. Chyba dlatego, że moja muzyka była za trudna. W Polsce Kościół jest raczej zainteresowany muzyką popularną, której ja w świątyni nie uznaję. Nie ma większego zainteresowania muzyką artystycznie ambitną. Historycznie rzecz ujmując, najwięksi kompozytorzy komponowali wielką muzykę religijną, a ci, którzy przede wszystkim zamawiali u nich napisanie utworów, to byli papieże, kardynałowie i biskupi. Muzyka w Kościele prezentowała najwyższy poziom. Teraz muzyka w naszych świątyniach „zludowiała” i nie ma już w nich miejsca na ambitną muzykę poważną.

- Ale i współcześni kompozytorzy nie garną się do muzyki religijnej...

- – Nie garną się, gdyż taka muzyka w Kościele jest niepotrzebna. Nie piszę muzyki dla liturgii. Komponuję muzykę sakralną, ale jest ona przede wszystkim wykonywana w salach koncertowych, choć bardzo często w Niemczech jest ona prezentowana w świątyniach. W polskich kościołach jest raczej nieobecna.

- Czy Kościół powinien nadal być mecenasem artystów, jak to miało miejsce przed wiekami?

- – Wiele się zmieniło. Kiedyś biskup dysponował olbrzymimi pieniędzmi i mógł sobie pozwolić na finansowanie artystów. Obecnie jest to już raczej niemożliwe.

- Artyści nie powinni narzekać na ostatnich papieży. Mieliśmy poetę – Jana Pawła II, teraz mamy muzyka – Benedykta XVI.

- – Kard. Joseph Ratzinger nawet w jakiejś wypowiedzi mówił o mojej muzyce.

- W jednej ze swych homilii kard. Ratzinger odniósł się do Pańskiej Pasji wg. św. Łukasza.

- – Benedykt XVI na pewno nie jest zwolennikiem wprowadzenia gitar do Kościoła. W świątyniach powinno się prezentować najwyższą sztukę, a nie kicz.

- Nie zwracał się nikt do Pana Profesora z prośbą o napisanie utworu dla Kościoła?

- – Mam problem, gdyż jestem rozwiedziony. Czasami czuje się przez polski Kościół odtrącony. Nie odczuwam tego, gdy jestem za granicą, szczególnie w Niemczech czy we Francji. Moja osobista sytuacja nikogo tam nie interesuje. Myślę, że polski Kościół pozbył się wielu wierzących przez kostyczne podejście do osób rozwiedzionych. Czy nie jest to błąd? Jako rozwiedzeni nie mamy prawa być ani świadkami na ślubie, ani rodzicami chrzestnymi.

- Kim był dla Pana Jan Paweł II? Po jego śmierci poświęcił mu pan utwór „Chaconne – in memoria Giovanni Paolo II”. Czy należycie szanujemy dziedzictwo Papieża Polaka?

- – Polacy oczywiście otaczają kultem jego osobę!

- Ale czy właściwie? Czy nasz kult Jana Pawła II nie jest powierzchowny? Stawiamy mu pomniki, celebrujemy „akademie ku czci”, a nie sięgamy głębiej do istoty jego nauczania.

- – Nasz naród jest w ogóle trochę skażony powierzchownością. Umiemy bardzo pięknie lamentować i to jest nasza specjalność. Chyba żaden papież nie cieszył się taką atencją, o czym świadczy pogrzeb Jana Pawła II, podczas którego hołd oddał mu cały świat. Wcześniej coś takiego się nie zdarzyło. Dla Polaków sprawy głębsze, duchowe nie są najważniejsze. Najważniejsze jest to, że był Polakiem i został papieżem. Pierwszy raz w historii doczekaliśmy się papieża Polaka, zresztą zasłużenie, bo od wieków, bardziej może niż inne kraje, wiernie stoimy przy rzymskim Kościele. Taka postawa jest zgodna z naszą mentalnością. Weźmy pierwszy lepszy przykład. Gdy np. Kubica wygrywa w wyścigach Formuły I, to nie jest to wybitny zawodnik o nazwisku Robert Kubica, lecz Polak. To Polak wygrywa, a nie Kubica! Jest to niestety bardzo powierzchowne.

- W czym tkwił fenomen Jana Pawła II?

- – W umiejętności dotarcia do każdego człowieka. Jan Paweł II zszedł z lektyki na ziemię i otworzył się na świat i ludzi. Miał niezwykłą charyzmę nawiązywania kontaktu z każdym, bez względu na stan i pochodzenie.

- Pitagorejska teoria harmonii kosmicznej – harmonia mundi – była przez wieki wielkim tematem sztuki, szczególnie muzyki, znajdowała swój wyraz w gregoriańskich chorałach, w polifonicznych utworach renesansowych, w klasycyzmie, w baroku. W romantyzmie temat kosmosu jakby zanika na rzecz spraw człowieka. Obecnie temat ten powraca w muzyce. Na ile jest on obecny w Pana twórczości?

- – Muzyka jest próbą zbliżenia się do Boga przez abstrakcję. Podobnie jak matematyka jest ona w pewnym sensie czymś absolutnym. Ład istniejący w muzyce, w który ja bardzo wierzę, utwierdza nas w przekonaniu, że istnieją pewne reguły, od których nie można odejść. Tak samo chyba jest w mojej muzyce, która stara się wyrazić Absolut i odzwierciedlić harmonia mundi.

- Współczesna muzyka wysoka stara się w jakimś sensie wyrazić dramat naszych czasów, przekazać jakąś prawdę o czasach, w jakich żyjemy, a z drugiej strony człowiekowi współczesnemu trudno się w niej odnaleźć. Nie daje ukojenia, jak muzyka Mozarta, Bacha, Beethovena. Dlaczego?

- – Właściwie współczesny człowiek nie zna tej muzyki, mimo że jest ona powszechnie dostępna na płytach. Ludzie się nią nie interesują. Przypomnijmy, że muzyka Mozarta była muzyką ulicy; ją się śpiewało i tańczyło. Była to muzyka genialna, ale właściwie ludowa. Sztuka współczesna jest jednak bardziej skomplikowana i dlatego tak trudno dotrzeć z nią do przeciętnego odbiorcy.

- Czy w czasach opresji komunistycznej twórca nie czuł się bardziej wolnym, był bardziej słuchany i zrozumiany, niż teraz, gdy wszystko wolno?

- – Jeśli ktoś, tak jak ja, pisał muzykę sakralną, to była to forma protestu, np. wobec estetyki żdanowowskiej, która była propagowana. To, że pisałem muzykę inspirowaną religijnie, bardzo pomogło mi w mojej karierze, co nie znaczy, że powodem pisania tego rodzaju muzyki była kontestacja. Sam fakt, że będąc obywatelem kraju komunistycznego, pisałem muzykę sakralną, było wówczas czymś nadzwyczajnym. Paradoksalnie, rządzący nami komuniści mieli duży szacunek dla ludzi sztuki i nauki. Wielu artystom, szczególnie muzykom, nie przeszkadzano, wręcz odwrotnie, pomagano. W czasach komunistycznych byliśmy świadkami rozwoju muzyki, teatru, filmu. Powstało wiele wspaniałych dzieł i to za państwowe pieniądze, mimo że nie współpracowaliśmy z władzami. Może była to świadoma propaganda mająca pokazać Zachodowi, że w Polsce artyści cieszą się wolnością. Wielu ludziom sztuki taka sytuacja bardzo pomogła w ich rozwoju.

- Jakie jest artystyczne credo Pana Profesora?

- – Może skomponowane przed 10 laty „Credo”. Nie bez powodu na swoje 70. urodziny napisałem właśnie ten utwór. „Wyznanie wiary” jest tekstem, z którym miałem zawsze problemy, gdyż jest on bardzo sztywny i scholastyczny. Nie można go zmienić, w przeciwieństwie do innych tekstów liturgicznych, z których można wybierać. Myślę, że 70-letni człowiek piszący „Credo” nie może być osobą niewierzącą. Część „Crucyfixus” w „Credo” jest jedną z najważniejszych w całej muzyce, jaką napisałem.

- Czy jest jakaś podstawowa prawda, którą pragnie Pan przekazać swoją sztuką?

- – Staram się przekazywać tylko prawdę. Największym chyba błędem współczesnych artystów jest właśnie to, że nie mówią prawdy, tylko starają się iść z prądem, poddawać modzie. Boją się krytyki i chcą być tylko wychwalani. Często ich sztuka nie jest szczera, tylko właśnie jakoś wewnętrznie pokręcona. Podobnie jak nasze życie polityczne, któremu brak prostolinijności. Prawda jest najważniejsza, bez niej nie ma przyszłości.

- Nie przeraża Pana Profesora ubóstwo współczesnej kultury masowej?

- – Oczywiście, że mnie przeraża, dlatego staram się dać jakąś inną pożywkę. Czasami mam wrażenie, że jest to raczej wołanie na puszczy. Ale z drugiej strony – moja muzyka znajduje słuchaczy! Niedawno jeździłem z chórem Polskiego Radia po małych miejscowościach, gdzie zazwyczaj koncertowaliśmy w świątyniach. Na nasze występy przychodzili ludzie, którzy po raz pierwszy byli na koncercie muzyki poważnej. Dyrygowałem m.in. swoimi religijnymi utworami a cappella, i znalazłem wspaniałą publiczność, właśnie w małych miasteczkach. Spotkałem ludzi, którzy pierwszy raz przyszli na koncert i z przejęciem chłonęli muzykę. Po tych doświadczeniach zupełnie zmieniłem opinię na temat Polaków, którzy są uważani za naród głuchy na muzykę.
Ponadto doświadczyłem, jak bardzo ludzie potrzebują sztuki wysokiej. Przekonałem się, że to ona właśnie jest ważna dla człowieka i dlatego Kościołowi nie wolno schodzić do poziomu przeciętnego odbiorcy. Należy narzucać pewien wysoki poziom twórczości i wykonawstwa, a wtedy inni będą uczyć się oraz starać się dorównywać ambitnym dziełom.

- Jak ocenia Pan Profesor duchową kondycję Polaków na progu XXI wieku?

- – Duchowość większości Polaków jest bardzo powierzchowna. Jesteśmy niewolnikami przywiązania do tradycji, celebrujemy śluby, chrzty, pogrzeby, biesiadujemy... Potrzeba nam więcej duchowej głębi i autentyczności.

- Nie traktujemy siebie poważnie jako społeczeństwo, które ma jakiś ambitne cele, nie myślimy o przyszłych pokoleniach?

- – Patrzę krytycznie na to, co dzieje się w Polsce. Z drugiej strony, jak powiedziałem, są ludzie w małych miejscowościach, którzy napawają wielkim optymizmem, choćby przez swoją otwartość i wrażliwość. Chyba nie jest tak źle z nami.

- Które ze swoich dzieł lubi Pan Profesor najbardziej i chciałby, aby było wykonywane za 100 lat?

- – Mam bardzo dużo utworów, które lubię. Ostatnio często wykonuję „Siedem bram Jerozolimy”. Jest to obecnie chyba najbardziej popularny mój utwór na świecie. Przedtem była to „Pasja św. Łukasza”. Myślę, że „Credo” jest także takim bliskim mi utworem.

- Zamierza Pan skomponować „Pasję wg św. Jana”.

- – Już zacząłem, ale na razie odłożyłem jej komponowanie, gdyż zawsze tak robię. Tworzę zarys utworu, potem przerywam pracę, aby móc spojrzeć na niego z pewnego dystansu. Utwór musi dojrzeć. Pomysł skomponowania „Pasji św. Jana” zrodził się spontanicznie. Chciałem ją napisać na otwarcie Frauenkirche w Dreźnie, ale na rok przed otwarciem świątyni zrezygnowałem, gdyż wiedziałem, że nie jestem w stanie napisać tego utworu w tak krótkim czasie. „Pasja” jest formą, która wymaga czasu i dojrzewania. Ponadto nie skompletowałem do niej jeszcze wszystkich tekstów.

- Czego sobie życzy Krzysztof Penderecki na następne 75 lat?

- – Więcej spokoju, czasu dla moich drzew, mojej wnuczki, dla rodziny. W tym roku cały czas jestem w drodze – setki prób i kilkadziesiąt koncertów. Z drugiej strony – jestem zadowolony. Był to piękny rok. Na świecie wykonano przeszło 70 proc. moich utworów, od Japonii po obie Ameryki. Tradycyjnie rachunek sumienia robię w Wigilię. Tego dnia piszę fragmenty utworów, które będę starał się skomponować następnego roku. Ponadto muszę nauczyć się mówić „nie”, gdy ktoś prosi mnie o napisanie nowego utworu albo o występ. To jest duża sztuka, którą nie zawsze inni rozumieją. Czasem trzeba przeczytać książkę, zamiast komponować nowy utwór.

- Plurimos annos, Panie Profesorze!

CZYTAJ DALEJ

Prognoza dla Polski: 9 tys. zakażeń i maksymalnie 500 przypadków dziennie

2020-03-31 11:41

[ TEMATY ]

koronawirus

Adobe Stock

Maksymalna liczba zakażeń koronawirusem w Polsce nie przekroczy 9 tys. i zostanie osiągnięta ok. 20 kwietnia; potem powinna spadać. W ciągu doby najwięcej może być ok. 500 nowych przypadków – prognozuje spółka ExMetrix, podtrzymując tym samym swą prognozę sprzed tygodnia.

Spółka zajmuje się prognozowaniem gospodarczym i społecznym. Po przeanalizowaniu najnowszych informacji - przy użyciu sztucznej inteligencji - podtrzymuje swą prognozę z 23 marca, wedle której w naszym kraju będzie maksymalnie około 9 tys. zakażeń. Nastąpi to 20 kwietnia br., a potem powinno przyjść wyraźne zahamowanie nowych zakażeń.

Główny analityk firmy Zbigniew Łukoś w informacji przekazanej PAP podkreśla, że sprawdzalność dotychczasowych prognoz dziennych sięga 92,3 proc. „Reestymacja modelu potwierdza zeszłotygodniowe prognozy” – dodaje.

Z przekazanych danych wynika, że np. 26 marca przewidywano, że będą 1324 przypadki, a faktycznie było ich 1221 (różnica zaledwie 5,08 proc.). 30 marca prognozowano 2089 zakażeń, tymczasem odnotowano - 1862 (7,69 proc. różnicy).

„W najbliższych dniach będziemy mieć rekordowe przyrosty stwierdzonych przypadków zakażenia, nawet do ok. 500 zakażonych zaraportowanych dziennie, jak wskazują nasze modele, co oczywiście jest znacznie mniejszą liczbą niż w Hiszpanii czy Włoszech, ale wymaga dalszej bardzo dużej dyscypliny narodu. Należy pamiętać, że model pokazuje prognozę, która nie jest odporna na nagłe rozluźnienie dyscypliny tzw. social distancing” – komentuje Zbigniew Łukoś.

Jego zdaniem, jeżeli zachowamy nadal ogromną dyscyplinę, jest szansa, że Polska uniknie sytuacji epidemicznej podobnej do tej, jaka jest we Włoszech i Hiszpanii. „Być może unikniemy też scenariusza niemieckiego i - miejmy nadzieję - że potoczy się optymistyczny scenariusz Polski” – dodaje analityk ExMetrix.

Prognoza dla Polski w miarę rozwoju sytuacji i napływu nowych danych, szczególnie z krajów, gdzie epidemia zaczęła się wcześniej niż w Polsce, nadal ma być aktualizowana, uwzględniając najnowsze informacje. Oceniony ma być również czas trwania epidemii.

W poprzedniej prognozie z 23 marca oceniano, że czas trwania epidemii w Polsce może być nieco dłuższy niż w Chinach. Od pierwszego zanotowanego przypadku do osiągnięcia maksimum upłynie u nas prawdopodobnie około 48 dni, w Chinach było to około 40 dni.

Budując model przebiegu epidemii w Polsce – podkreśla Łukoś - przeanalizowano jej przebieg w krajach, w których COVID-19 rozwinął się wcześniej niż w Polsce, czyli w Chinach, Korei Południowej, Japonii oraz niektórych krajach europejskich. „Założyliśmy – podkreśla - że statystyki w krajach dotkniętych COVID-19 nie były zatajane ani sztucznie modyfikowane". (PAP)

CZYTAJ DALEJ

Prezydent podpisał nowelizację ustaw zdrowotnych związanych z COVID-19

2020-03-31 21:41

[ TEMATY ]

prezydent

Andrzej Duda

koronawirus

KPRP

Prezydent Andrzej Duda podpisał nowelizację ustaw z obszaru ochrony zdrowia, która ma ułatwić walkę z COVID-19. Nowe przepisy m.in. precyzują, kto może zostać skierowany do pracy przy zwalczaniu epidemii i ułatwiają powrót do zawodu pielęgniarkom mającym co najmniej pięcioletnią przerwę.

Prezydent Andrzej Duda we wtorek podpisał nowelizację ustaw w zakresie systemu ochrony zdrowia, związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19. Ta regulacja wchodzi w skład tzw. tarczy antykryzysowej. Kilka godzin wcześniej Sejm odrzucił większość poprawek Senatu do tej nowelizacji.

O podpisaniu przez prezydenta tzw. tarczy antykryzysowej poinformował na Twitterze rzecznik prezydenta Błażej Spychalski.

"Zgodnie z obietnicą Prezydent RP Andrzej Duda niezwłocznie po zakończeniu prac parlamentarnych podpisał ustawy tworzące Tarczę Antykryzysową. Wsparcie polskiej gospodarki, przedsiębiorstw, rolnictwa, pracowników jest najważniejsze w tym trudnym czasie!" - napisał Spychalski.

Nowelizacja wprowadza zmiany w kilkunastu ustawach działających w obszarze ochrony zdrowia. Przewiduje m.in. ograniczenie obowiązków sprawozdawczych wobec Narodowego Fundusz Zdrowia; ułatwienie powrotu do czynnego wykonywania zawodu przez pielęgniarki lub położne mające co najmniej pięcioletnią przerwę w jego wykonywaniu oraz możliwość dyżurowania w placówkach medycznych przez inne zawody pracujące w ochronie zdrowia.

Ustawa stwarza także możliwość wystawiania przez farmaceutów refundowanych recept farmaceutycznych dla siebie i swojej rodziny oraz wystawania recept, nie tylko w przypadku nagłego pogorszenia stanu zdrowia, jak to jest obecnie. Nowela wprowadza mechanizmy egzekwowania maksymalnych cen na leki i inne produkty medyczne. Regulacja umożliwia też np. zawieszenie obowiązkowych kontroli w laboratoriach diagnostycznych.

Nowelizacja umożliwia personelowi medycznemu, który przebywa na kwarantannie, udzielania pacjentom wideokonsultacji. Wskazuje też, kogo można skierować do pracy przy zwalczaniu epidemii, a kogo nie. Wyłączeni będą m.in. wychowujący dziecko do 14 lat, a w przypadku, gdy robią to samotnie, do lat 18, oraz osoby wychowujące dziecko z orzeczeniem o niepełnosprawności. Skierowanie będzie mógł otrzymać tylko jeden rodzic, jeśli oboje są medykami.

Nowela wprowadza też kary za niestosowanie się do zakazów, nakazów i ograniczeń; wprowadzono kary pieniężne w wysokości od 5 tys. do 30 tys., zależnie od rodzaju czynu.(PAP)

autorka: Olga Zakolska

ozk/ mhr/

CZYTAJ DALEJ
E-wydanie
Czytaj Niedzielę z domu

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję