Nad tą wodą straszy. Wszyscy są o tym przekonani; i młodzi, i starsi pytani dziwią się, że ja jeszcze o tym nic nie wiem. Na pewno słychać co noc wołanie i płacz – mówią. Jakże żałosne, jakże przeraźliwe, skóra cierpnie i włosy stają dęba, jak się nawet z daleka usłyszy. Najpierw jakby skamlanie, prośba, a potem skarga i przeklinanie. Są i tacy, co widzieli postać kobiety. Najpierw pojawia się tuż nad wodą, blisko brzegu, wyciąga ręce i woła.
– Jak kto nie spieprzy od razu – a tu dwóch takich było, co się założyli i po pijaku poszli – to się przybliża nagle i wtedy nawet na modlitwę za późno. Ten jeden to zbzikował całkiem.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Kościelny jest przekonany o prawdziwości tych wszystkich zdarzeń. Na moje wątpliwości oburza się, zaperza, denerwuje.
– Tym drugim był mój teść. Z pierwszej ręki wiem. Teść był cwany i nie taki narąbany jak tamten, schował się za drzewo i nic mu się nie stało, ale do śmierci nie chciał o tym mówić.
– No to skąd wiesz?
– Innym, obcym nie chciał mówić. Mnie powiedział ku przestrodze. Ręce mu się trzęsły, jak to opowiadał, i żegnał się co chwilę, a przecież od tamtej pory minęło chyba z jakie 50 lat, bo to za kawalerki jego jeszcze było.
Reklama
Opowiadał mu, że oba młode, głupie, a jak jeszcze wypili bimbru, to im odwaga nagle wzrosła. Założyli się z resztą towarzystwa, że pójdą i sprawdzą, czy to prawda, co ludzie bajają. Byliby życiem przypłacili. Jak już podchodzili, słychać było te jęki i nawoływania. Zamiast się wrócić, to jeszcze ćwiartkę wypili, bo wzięli dla kurażu, i po cichu podchodzą. Widzą w pewnym momencie tę zjawę nad wodą, ale zamiast dać dyla, to się przyglądają, żeby potem mieć co opowiedzieć. I nagle ta kobieta stanęła przy nich i to tak blisko, że wszystko było widać jak na dłoni. To było straszne. Trupioblada kobieta w jakimś gieźle, z rozwianymi włosami, z pręgą na szyi, z wybitym okiem, które dyndało na żyłce. A najgorsze to ten jej krzyk i te oczy.
– Teściu myślał, że już po nich. Bo ona chwyciła nagle tego drugiego, co osiwiał i zbzikował, i zaczęła dusić, i wlec go do wody. Byłaby go cholera utopiła jak nic, tylko teść go chwycił, zaparł się za to drzewo i nie puścił. Mówił, że ręce miał ponadrywane, taka siła. Na głos też mówił pacierz i jak doszedł do Zdrowaś Maryjo, to ich puściła i ze strasznym krzykiem odfrunęła.
Mówi mi jeszcze, że co i raz trafia się jakiś śmiałek i próbuje iść tam nocą. Zawsze kończy się tak samo, portki do prania. Pojechałem tam jednak rowerem, oczywiście za dnia. To piękne jezioro z czyściutką wodą, okolone z trzech stron starym lasem, a łąką otwarte na południe. Tam las przegląda się w tafli jeziora. Albo zasugerowałem się opowieściami, albo tam naprawdę panuje taka złowroga cisza. Jest jakiś namacalny dysonans między tym widokiem a odczuciem, które tam ogarnia człowieka. Kościelny mówi, że to przeklęte miejsce.
– Nikt tam nie łowi ryb, a nawet żadne ptactwo wodne tam się nie pojawia. A przecież miejsce dla nich w sam raz. Nigdy tam ani kaczki dzikiej, ani gęsi nikt nie widział. Zwierzęta z lasu nie przychodzą pić. Grzybów nawet ludzie nie zbierają blisko.
– Może trzeba wyświęcić w takim razie, Mszę odprawić?
Reklama
– Ha. Był tu taki jeden, co chciał tam kempingi stawiać. Po cichu nawet franciszkanów przywiózł. Wyświęcali. Barakowozy poprzywozili, melaminę dla stróża, już mieli skręcać, bo to z gotowych elementów. Najpierw czterech czy pięciu stróżów uciekło. Obce wszystko, bo miejscowe za nic nie chcieli. Potem im te barakowozy ktoś powciągał do wody, a pilnować nie było komu. Jak miał im kto te barakowozy wciągać do wody? To one, te topielice. Jak szybko przyjechali, tak jeszcze szybciej ich wywiało i cisza. To nie jest miejsce na to. Tak się wyśmiewali z tych naszych strachów i co?
Proboszcza pytam przy okazji.
– Gusła – macha ręką. – Jak cię ciekawi, to kościelnego spytaj. Wszystko ci opowie, a nawet więcej niż było.
– Kiedyś to dopiero było ładne miejsce – zaczyna swoją opowieść kościelny. – Z opowiadań wiem, za młody jestem, żeby samemu pamiętać. Co tam ptactwa było, kurki wodne, kaczki, gęsi, żurawie, czaple. A para łabędzi zawsze zimowała. A ryb jakie mnóstwo! A od tej zbrodni wszystko zamarło. Jakby się natura nie mogła pogodzić z tą krzywdą. Człowiek swoją złą wolą może popsuć i wodę, i powietrze. Ziemia nie zniesie tego, czego była świadkiem, też musi umrzeć coś w tym miejscu.
– Ale co się tam wydarzyło? – dopytuję niecierpliwie.
– Powoli, to zbyt ważne sprawy, żeby tak na łapu-capu. Albo opowiem po swojemu, albo nie mówię wcale. Inaczej się nie da.
Milknę natychmiast i przyzwalająco, pokornie kiwam głową. Jak się nie da inaczej, trudno, wolę wiedzieć.
Reklama
– Chodził tu taki jeden miglanc do bogatej wdowy. To grubo przed wojną było, bieda po wsiach, dzieci dużo, a te spłachetki pola nie mogły wszystkich wyżywić. Taka wdowa z hektarami to był łakomy kąsek. Mówili, że oni machandrowali ze sobą jeszcze za życia nieboszczyka i że mu pomogli w tej przeprowadzce na drugą stronę, bo się za bardzo ociągał sam z siebie. I już miało być blisko ślubu, bo rok mijał żałoby, a tu wychodzi na jaw, że on nie tylko z wdową, ale i z jej służącą, młodą dziewczyną, się zabawiał po stodołach. Ta młoda, zakochana w nim bez pamięci, a biedna jak mysz kościelna, mówi mu, że jest w ciąży. Za niedługo brzuch będzie widać i wszystko się wyda, i przepadnie. Przywiózł ją tu na odpust, tę młodą, niby na zabawę. Ta głupia leciała jak na skrzydłach, bo myślała pewnie, że ją specjalnie taki honor spotyka. Coś jej tam na straganie kupił. Szczęśliwa była, jak nie wiem co. A oni mieli to ukartowane. Oni mówię, bo pomagał mu mąż jego siostry, co na ojcowiźnie zostawała. Podobno za to tamten zrzekł się spłaty ze swojej części. Wyszli z tej zabawy niby na spacer. Pokazać jej miał to nasze jezioro. I tu ją na brzegu udusili i utopili. Ciało darniami przykryli zaraz przy brzegu. Za jakiś czas ludzie się spostrzegli, że ptactwo tu, na tym jeziorze, przepadło. Jak kto szedł od strony łąk, to tylko czajki wrzeszczały, prowadziły w jedno miejsce. Nikt jednak nie mógł zrozumieć, o co im idzie. Tamci, sprawcy, się pożenili, wesele było duże. A dziewczyna? Kto by szukał jakiej biednej dziewczyny. Wyjechała za jakim chłopakiem i tyle. Wtedy to i za wielką wodę emigrowali, i fabryki powstawały po miastach, przędzalnie też dziewcząt potrzebowały. Zresztą kto miał jej szukać? Aż któregoś razu drwale wracali z dniówki. Usiedli nad jeziorem, żeby się umyć i odsapnąć, zanim do domu pójdą. Czajka nad nimi kołowała, darła się i gdzieś leciała w jedno miejsce i siadała, i znowu. Ale gdzie tam chłopom po dniówce w lesie takie rzeczy, żeby za czajką biegać. Musieli przysnąć, jak mówili potem, choć nie planowali, jak człowiek narobiony, a głowę oprze o pieniek drzewa, to niewiele trzeba. I wtedy pierwszy raz ten strach tam się pojawił. Boso, bez siekier, butów, kapot uciekli. Nie chcieli się potem rano wrócić po ten swój dobytek. Gajowemu zrzucili się na flaszkę i im przyniósł. To dało ludziom do myślenia, bo nikt tu wcześniej o żadnych strachach nie słyszał. A drwale to też nie baby, żeby się byle czego wystraszyć. I ten gajowy poszedł wreszcie za tą czajką któregoś dnia. Patrzy, a tu w wodzie przy brzegu, w szuwarach, spod darni ręka wystaje. Bieluśka z chusteczką zaciśniętą w piąstce. I to od tego czasu tam się tak porobiło.
– I co? Złapali ich?
– A skąd. Wprawdzie byli świadkowie, co widzieli ich razem. Ale oni się wyparli. Znaleźli się inni świadkowie, co przysięgli, że z tymi dwoma pili i grali w karty w tym czasie. I tyle. Kto się miał upomnieć o dziewczynę oddaną na służbę? Akurat Cyganie w lesie, ze 2 dni wcześniej, rozbili tabor, to na nich padło i szukaj wiatru w polu.
– A dlaczego mówi się: topielice, jak jedna była?
– Później, już we wojnę chyba, jeszcze dwie tam znaleźli. Jedna miała gardło poderżnięte, a druga jakieś gałgany napchane do gardła.
– Straszne.
– I od tej pory już nic. Żadnego życia, nawet te czajki się wyprowadziły. Mogiła po prostu. Nie kopiec z ziemi, tylko woda, ale grób.
– Okropne masz te historie. A ty skąd to wszystko wiesz? Proboszcz mówił, że gusła.
– A co on wie? Miejscowy jest? Jak tu nastał, to śladu po tym wszystkim nie było. Może jeszcze kto żył, co wiedział i pamiętał, ale o takich sprawach się u nas nie mówi.
– Ale jak to tak? Ludzie wiedzieli, jak mówisz, kto między nimi mieszka i co się stało, i nic?
– Ba. Mało to takich tajemnic. A też bywało, jak kto za bardzo był gadatliwy, to go spalili i tyle. Tu strach był mocny u ludzi. Nie to, co teraz. Kto cię miał obronić?
– Wiesz co? Wolałbym tego nie wiedzieć.
Reklama
– Nie dziwię się, bo to zawsze brudzi. Przekleństwo to potężna moc. Nie tylko wodę struje, ale i ludziom w głowach potrafi pomieszać. Mało my tu mieli kiedyś wariatów? Do dziś w każdym pokoleniu się trafia.
– Daj już spokój, jeszcze mi się śnić będzie.
– To Różaniec przed spaniem.
– Jakbym cię jeszcze kiedy pytał o takie sprawy, to mi nie mów.
– Nie da się. To samo wyłazi. Historia, jak chce, to sama znajdzie drogę i kogoś, kto ma ją opowiedzieć. Tak jest.
– Jak to? Historia sama chce się opowiedzieć komu?
– Pewnie, że tak.
– A mnie to po co się opowiedziała?
– Kto to wie. Może żeby nie przepadła pamięć.
– A co ja tu mogę?
– Nie wiem, może pacierz jaki ksiądz zmówi za nie. Może jeszcze kiedy komu opowie. One chyba chcą być chociaż pamiętane.
Jeśli kościelny miał rację, to może po to ta historia mnie znalazła, żebym po latach o niej napisał?
