Reklama

Opatruje zranioną miłość

- Trzeba starać się odbudowywać w każdym człowieku godność, szukać jej. Nieważne, że czasem to trudne. Nie wolno rezygnować, a wtedy dzieje się na naszych oczach przemiana - mówi Edyta Domagała - od dziewięciu lat koordynator Centrum Interwencji Kryzysowej, odpowiedzialna za Ośrodek Pomocy Ofiarom Przestępstw, wcześniej również kierownik Schroniska dla Kobiet w Kielcach

Niedziela kielecka 39/2011

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Do Centrum Interwencji Kryzysowej przy ul. Urzędniczej w Kielcach trafiają przeróżne osoby. Każda historia jest inna, wszystkie złożone i trudne - przemoc w rodzinie, bezrobocie, załamania psychiczne, nagła śmierć bliskiej osoby, samotność, choroba.

Człowiek jest w centrum

Reklama

Pewne spotkania zapamiętała na całe życie. Kobieta przyszła do placówki wieczorem. Nie było z nią prawie kontaktu, zaniedbana do granic możliwości, zawszona, u rąk i stóp długie paznokcie. - Udało mi się wprowadzić ją do wanny. Syczała z bólu, stopy miała odparzone od ran. Kiedy pomogłam się jej umyć, patrząc na rany od wesz wyobrażałam sobie, jakie muszą sprawiać jej cierpienie. Zaopatrzyłam jej rany, obcięłam kołtun i długie paznokcie. Jej ciało zbielało. Przebrała się w czystą bieliznę. Zrobiłam tyle, ile mogłam. Pierwsze chwile były trudne, ale potem ona sama inaczej na siebie spojrzała. Następnego dnia zawiozłam ją do ośrodka opiekuńczego.W spotkaniu z drugim człowiekiem odkrywam, że w każdym jest godność - mówi i zaczyna opowieść o pewnej kobiecie.
Pani Leokadia, która śpi na działkach, znana jest prawie wszystkim instytucjom pomocowym w mieście. Nie każdy traktuje ją poważnie. Do Centrum przychodzi jak do swoich. Po prostu lubi tutaj przebywać. Zmieni ubranie, dostanie ciepłej herbaty, porozmawia z kimś. - Kiedy obchodziliśmy dziesięciolecie CIK, zaprosiłam ją na uroczystość. I o dziwo przyszła. Nałożyła białą bluzkę, była czysta i zadbana, włosy spięte, opanowana i spokojna uczestniczyła we Mszy św. i w uroczystości. Zaproszona na kawę i ciastko, została do końca. „Nikt mnie nie jeszcze nie zaprosił jako gościa” - powiedziała potem zadowolona. Odkąd Pani Leokadia dostała telefon na kartę, często dzwoni do Centrum.Ostatnio oznajmiła, że stara się o miejsce w DPS. Wie, że musi pozwolić sobie pomóc. To pewien zwiastun przemiany.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Program „serdeczny”

Reklama

Jak pomóc dzieciom - ofiarom przemocy, które trafiają do CIK? Przestraszone, wycofane, z wielkimi trudnościami emocjonalnymi, zaległościami w nauce, często stronią od ludzi, nie znają zabawy i radości. Nic dziwnego skoro w centrum ich życia był alkohol, nadużywany przez matkę lub ojca. W placówce uczą się życia od początku. Bardzo dużo czasu potrzeba, aby przywrócić nadzieję.
- Jestem pewna, że ile miłości dostaną tutaj, tyle w nich ma szansę zaowocować później - mówi. Kierownik widzi zmiany gołym okiem. Dzieci zaczynają małymi kroczkami wchodzić w kontakt z opiekunami, stają się bardziej otwarte, obdarzają ich zaufaniem, zaczynają odrabiać lekcje, mają motywację. Radość sprawia im spacer z mamą, wspólnie spędzony czas.
Kiedy ktoś pyta ją, jaki program terapeutyczny stosuje się w Centrum, odpowiada, że „program serdeczny”. Najważniejsza jest życzliwość i zbudowanie relacji oraz spojrzenie na potrzeby człowieka całościowo. Człowiek jest w centrum. Czasem ktoś dzwoni do placówki, mówi że jest katolikiem i prosi o rozmowę z kapłanem, a potem może z psychologiem. Dla ludzi z chrześcijańskim systemem wartości to ważne, że jest tutaj ksiądz.
Odpowiedzialność za CIK to wymagające zadanie. - Czasem jest to bezradność, a czasem błogosławiony trud, niezwykła praca - mówi. Nierzadko czuje bezradność, ale dla kogoś, kto może w końcu powiedzieć, co go boli, najważniejszym jest, że otrzymał zrozumienie, że został po prostu wysłuchany.
Ktoś prosi ją o obecność na rozprawie sądowej, ktoś inny o modlitwę, by miał siłę to wszystko, co trudne i bolesne, przejść. I raz jeden miała - jak mówi - niezwykle szczęście. - Pewna pani poprosiła mnie, abym towarzyszyła jej przy porodzie, nie miała nikogo, kto byłby przy niej w tak ważnej chwili. Byłam więc przy cudzie narodzin. To wielka tajemnica. Doceniam zaufanie, którym mnie obdarzają ludzie, że potrafią podzielić się ze mną bolesnymi i trudnymi sprawami - wyznaje.

Duszpasterstwo - środowisko, wolontariat i doświadczenie wiary

Reklama

Do pracy w instytucji pomocowej przygotowywała ją można powiedzieć cała młodość. Po studiach był wolontariat w Schronisku dla Bezdomnych Mężczyzn, gdzie pomagała przez pięć lat, z drugiej strony swoistą bazą doświadczeń były i są turnusy kolonijne dla dzieci Caritas, za które odpowiada jako opiekun i kierownik. Jednorazowo bywa sto dzieci.
W liceum (ukończyła Liceum Ekonomicznego im. Oskara Langego w Kielcach) wychowawca Barbara Chrząszcz (Edyta wspomina ją do dziś z szacunkiem) powierzała jej odpowiedzialne zadania. Był to pewien sprawdzian dorosłości i odpowiedzialności - choćby prowadzenie sklepiku szkolnego. Choć potem wybrała świadomie studia pedagogiczne, wszystko, czego się tam nauczyła, przydaje się jej w pracy - podkreśla.
Już w ostatnich latach liceum uczęszczała na spotkania do duszpasterstwa akademickiego przy parafii katedralnej św. Wojciecha i św. Jadwigi Królowej. Wtedy po raz pierwszy zetknęła się z osobami potrzebującymi wsparcia. Na studiach zamieszkała u starszej pani, poruszającej się na wózku, która wymagała stałej opieki. Edyta stała się jej opiekunem, odpowiadała za codzienne czynności pielęgnacyjne, zakupy i lekarstwa. Mówi, że to był trudny czas, ale owocny. Odwiedzała także innych niepełnosprawnych. Wspomina duszpasterza Leszka Struzika, który miał bardzo dobry kontakt z młodzieżą, moc pomysłów i energii. - On zbliżył mnie do Kościoła. Cenię jego otwartość. W każdej chwili można było do niego przyjść, porozmawiać. Podpowiadał nam różne inicjatywy. „A może byśmy tak poszli do niepełnosprawnych? A może teatr? - mówił. Studenci wchodzili w to. Powstało środowisko, które działało wielotorowo - obozy w Grodzisku, kolonie z dziećmi, organizacja przedstawień teatralnych. Następnie Edyta trafiła na kolejne środowisko - „piekoszowską rodzinę” w Domu dla Niepełnosprawnych. Zaczęły się wyjazdy na turnusy rekolekcyjno-rehabilitacyjne dla niepełnosprawnych, w których uczestniczy od kilku lat jako opiekun i kierownik. Działa również w zarządzie Katolickiego Stowarzyszenia na rzecz Osób Niepełnosprawnych „Nasz Dom”, które prowadzi Ewa Sałaj.

Są dla mnie jak księga

Ma szczególny kontakt z osobami starszymi. - Cenię ich mądrość życiową. Są dla mnie jak księga, której się nie nudzi studiować. Przeciwnie, z każdym rozdziałem życia staje się ciekawsza - mówi. Spotkania z osobami starszymi kształtują moją osobowość i wrażliwość, pomagają mi nabrać dystansu do życia. Wśród jej przyjaciół jest Anna Apanowicz - sybiraczka, pochodząca z Kresów Wschodnich. - Przeżyła gehennę, ale zachowuje zawsze wielką pogodę ducha. Przychodziłam do niej, by chwilę z nią być. Ot, pomalować jej paznokcie, z czasem, by pomóc w drobnych i większych sprawach. Dzieliła się ze mną wspomnieniami swojego dzieciństwa i niełatwej młodości. Kiedyś zapytała mnie: „Edytko, czy mogę się modlić, abyś była przy mojej śmierci?”. - Czyż to nie cudowne, że chce, abym towarzyszyła jej w cudzie przejścia z tego świata i narodzin dla nieba? To jest znak zaufania.

Babcia Marianna - dar po coś

- Staram się raz w tygodniu pobyć ze starszymi, oddać im odrobinę swojego czasu, nigdy nie jest on zmarnowany. Wiele starszych osób, z którymi byłam zaprzyjaźniona, przeszło na drugi brzeg, ale z każdej z tych osób jest jakaś cząstka mnie. Dając coś z siebie dla nich, dużo więcej otrzymuję - tłumaczy. Najwięcej nauczyła ją w tym względzie babcia Marianna. Odwiedzała ją często, codziennie starała się rozmawiać telefonicznie. Była zwyczajną kobietą, pracującą ciężko na roli. Ukończyła niespełna cztery „oddziały” nauki. Dla Edyty pozostaje największym autorytetem, osobą, która ją w dużej mierze ukształtowała.
- Świętość osiągnęła przez szarą codzienność, szanowała pracę i ziemię. W ostatnich latach jej życia, mając świadomość odchodzenia babci, przygotowałam się do pożegnania-rozstania, nagrywałam jej głos, wspomnienia, rozmowy, pytałam o recepty na życie. Od ok. 20 lat przed śmiercią (zmarła w pełnej świadomości w 92. roku życia) zamawiałam Mszę św. z okazji kolejnej rocznicy urodzin. Czasem wpadałam, kiedy była słaba, niedomagała i miałam wrażenie, że ta moja zwyczajna miłość wyrażająca się w pamięci i obecności ożywiała ją, bo kiedy wyjeżdżałam, była często w dużo lepszej formie. I odwrotnie - mnie także dodawała otuchy. Bardzo mnie rozumiała. Przychodziłam do niej i mówiłam: „Wiesz, babciu, mam bardzo trudną grupę dzieci na koloniach, módl się za mnie”. Zawsze miała czas na modlitwę. Godzina 12 - to był czas święty, wtedy babcia wychodziła na Różaniec do swojego pokoju. Nikt nie śmiał jej przeszkadzać. Przez swoje zaufanie do mnie wzmacniała moją wrażliwość, przygotowała mnie do swojej starości i do śmierci. Prosiła o dobrą śmierć i zmarła osunąwszy się na podłogę we własnym domu. Jej pogrzeb odbył się w uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej. Myślę, że to sobie wymodliła. Choć były to dla mnie trudne i bolesne momenty, (bo taka jest rozłąka z bliską osobą, która choćby na pewien czas, ale jednak odchodzi), czułam, że wraz z babcią zamyka się pewien ogromnie ważny rozdział mojego życia. Wypełniłam jej wolę - zajęłam się jej pogrzebem - tak jak mnie do tego przygotowała. Teraz wiem, że babcia Marianna to skarb, dar po coś. Tą miłością babcia nauczyła mnie dzielić się z innymi, chorymi, niepełnosprawnymi, starszymi, samotnymi, nauczyła mnie jak być z ludźmi ze swoistą biedą. Spotkanie - przyjaźń z nią była wielką przygodą - wyznaje.

Kiedyś wyrosną z nich drzewa

Ma świadomość, że nie da zmienić się wszystkiego, ale stawia konsekwentnie na odbudowywanie i wzmacnianie rodziny i relacji. Nierzadko czuje trud niesienia spraw swoich podopiecznych, rozbitych rodzin, poniżanych kobiet, opuszczonych dzieci. Z drugiej strony ma świadomość, że warto. - Ludzie przychodzą po zrozumienie i bezpieczeństwo. Tutaj opatruje się zranioną miłość. Wydobywa się ziarenka dobra, które drzemią w człowieku, by kiedyś mogły wyrosnąć z nich drzewa - mówi.
Zawsze czuje odpowiedzialność za powierzone stanowisko - Pan Bóg dał mi pewne predyspozycje do pracy w takim miejscu, ale ja tylko dzielę się tym, co otrzymałam. Mam nad sobą dyrektora, który w każdej chwili może mnie odwołać z funkcji, instytucje, które pełnią nad naszą placówką nadzór - mam tego pełną świadomość i dobrze, że tak jest - podkreśla Edyta Domagała, dodając, że decyzje podejmuje we współpracy z całym 15-osobowym zespołem pracowników Centrum.
Jest gotowa na nowe zadania i wyzwania. Doświadczenie pracy z osobami w kryzysie pozwala jej myśleć o nowym zadaniu. Jej pragnieniem jest praca w hospicjum. - W takim miejscu trzeba zmierzyć z tematem śmierci, pokonać lęk i barierę przed śmiercią. Wtedy mogłabym być bardziej wolna - mówi.
W pracy i w życiu - wierna zasadom. - Trzeba sobie i ludziom stawiać wymagania, należy być konsekwentnym w działaniach. Potem mogą mieć satysfakcję, że doszli do czegoś. Każdy człowiek potrzebuje, by wydobyć z niego dobro. Sztuką jest, aby wniknąć głębiej, aby odkryć, że pod powierzchowną skorupą, kryje się coś więcej - podkreśla.

2011-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Założycielka Niepokalanek

Z osobą m. Marceliny Darowskiej zetknęłam się dwa lata temu, kiedy to zaczynałam pracę w gimnazjum. Tradycją panującą w szkole, gdzie uczę, było organizowanie dwa razy w roku spotkań rekolekcyjnych dla nauczycieli w Domu Sióstr Niepokalanek w Szymanowie. Zgromadzenie to założyła właśnie Matka Marcelina. Z wielkim zaciekawieniem obserwowałam pracę sióstr i ich uczennic. Każdy wyjazd do Szymanowa był dla mnie kolejnym cennym doświadczeniem. Po pewnym czasie bardziej zainteresowałam się osobą Matki Marceliny i postanowiłam o niej napisać. Zaczęłam wtedy czytać wszelkie publikacje na jej temat. Wydawało mi się początkowo, że nic interesującego w tych książkach nie znajdę. Bo cóż może być ciekawego w życiorysie siostry zakonnej? I tu pełne zaskoczenie. Jednym tchem przeczytałam polecone mi książki. Matka Marcelina okazała się być obdarzona niezwykle bogatą osobowością, a jej życie mogłoby posłużyć za temat filmu, który - nie mam co do tego żadnych wątpliwości - zainteresowałby niejednego współczesnego widza. Zanim Matka Marcelina została przełożoną Zgromadzenia Sióstr Niepokalanek - była szczęśliwą matką i żoną. W jej życiu nie zabrakło też dramatycznych momentów. W wieku dwudziestu pięciu lat została wdową, a w niecały rok po śmierci męża straciła swego dwuletniego synka. To nie koniec jej cierpień. Musiała jeszcze walczyć o życie swojego drugiego dziecka - maleńkiej Karoliny, której lekarze nie dawali szans na przeżycie. Młoda wdowa przezwyciężyła wszelkie kłopoty. Dziecko wyzdrowiało, a jej gospodarstwo było przykładem dla okolicznych posiadłości. Przez cały ten czas trudnych doświadczeń ani razu nie zwątpiła w miłość Boga, ani razu nie zbuntowała się przeciwko Jego woli. Jakże niezwykle mocna musiała być jej wiara! Mało tego, nie mając żadnego doświadczenia zakonnego, a jedynie pragnienie służenia Bogu, odważyła się zostać przełożoną - założycielką nowo tworzonego Zgromadzenia, którego głównym zadaniem miało być wychowanie dzieci i młodzieży. Nie na życiorysie Matki Marceliny chciałabym jednak skupić swą uwagę, mimo że jest on naprawdę bardzo ciekawy. Zainteresowanych odsyłam do książek poświęconych bohaterce tego tekstu1. To, co najcenniejsze, to nauki Matki Marceliny, jej przemyślenia i refleksje, ujęte często w formę jakże trafnych i aktualnych do dziś sentencji. Znaleźć je można w wydanej w 1997 r. przez Siostry Niepokalanki książce zatytułowanej Zawsze będę z Wami. Myśli i modlitwy błogosławionej Matki Marceliny Darowskiej2. Wartości szczególnie ważne dla Matki Marceliny to przede wszystkim Bóg, miłość, rodzina, Ojczyzna, praca i to, czemu poświęciła całe swoje życie, czyli wychowywanie kolejnych młodych pokoleń. Wiele jest cennych wskazówek zawartych w słowach Matki Marceliny. Mnie, jako nauczycielkę, która dopiero zaczyna swoją pracę z młodzieżą, szczególnie zainteresowały te poświęcone wychowaniu. Pierwsze słowa, jakie przeczytałam, kiedy "na chybił trafił" otworzyłam książkę z myślami Matki Marceliny, brzmiały następująco: "Zadanie wielkie, praca kolosalna - z jednej strony łatwa, z drugiej bardzo trudna. Łatwa, bo serca dzieci to wosk, na którym wszystko łatwo się wyciska. Trudna, bo wosk wystawić na gorąco ognia lub słońca, a ślad jego cały się zgładzi. Dzieci przyjmują dobre i złe wrażenia, jedne zacierają drugie". Jakże trafnie oddają one pracę wychowawcy. Czytając te zdania, uświadomiłam sobie ogromną odpowiedzialność, jaką biorę za swoich wychowanków. To, co im przekażę, będzie miało wpływ na całe ich życie. I nie najważniejsza w tym momencie jest wiedza. Moim zadaniem, jako wychowawcy, jest pokazanie tym młodym ludziom właściwych wzorców zachowań. Jest to szczególnie ważne w dzisiejszych czasach, kiedy wciąż słyszymy o przypadkach, gdy młodzi ludzie zabijają swoich rówieśników, często nawet nie dostrzegając zła, które wyrządzili. Matka Marcelina cały czas miała świadomość odpowiedzialności za wychowanie młodych ludzi. Dlatego też tak wiele miejsca poświęciła sprawom rodziny, a w kształceniu dziewcząt ogromną wagę przywiązywała do przygotowania ich do roli matki i żony. Wierzyła bowiem, że to właśnie kobieta jest duchem rodziny, a od tego, jakie wartości przekażemy młodym ludziom, zależy odrodzenie całego społeczeństwa. Dziś również wiele miejsca podczas publicznych debat poświęca się sprawom rodziny. Mówi się o polityce prorodzinnej i o kryzysie rodziny. Może warto zatem sięgnąć po myśli Matki Marceliny. Znajdziemy tu oczywiste - wydawałoby się - prawdy, ale jak często przez nas zapominane. Polecam tę część nauk Matki Marceliny szczególnie dziewczętom, które zamierzają w niedługim czasie założyć własną rodzinę. Naprawdę znajdziecie tu wiele wskazówek pomocnych przy budowaniu własnego domu. Jak już wspominałam wcześniej - jestem młodą nauczycielką. Nie mam zatem bogatego doświadczenia pedagogicznego, wielu rzeczy muszę się jeszcze nauczyć. Wciąż borykam się z różnymi problemami wychowawczymi. Tak jak wielu młodych nauczycieli, staram się pogłębiać swoją wiedzę pedagogiczną, czytając chociażby różne publikacje poświęcone tym zagadnieniom. Panuje obecnie moda na nowoczesne, proponowane nam przez zachodnich autorów, sposoby wychowania. Ja jednak najważniejsze wskazówki pedagogiczne znalazłam w następujących słowach Matki Marceliny: " Rozwijać - nie wysilając, ubogacać - nie przeciążając, uczyć praktyczności - nie odzierając z poezji, hartować - nie zatwardzając, oczyszczać sumienie - nie dopuszczając skrupułów, uczyć miłości - bez czułostkowości, pobożności - bez dewoterii, zniżać się do dzieci w zabawach - nie zmalając siebie, aby następnie być w stanie wznieść dzieci do wysokości zadania". Oto - zdaniem Matki Marceliny - zadania nauczyciela. Mam nadzieję, że będę w stanie im sprostać. 1 Informacje na temat życia Matki Marceliny można znaleźć m.in. w następujących publikacjach: - Ewa Jabłońska-Deptuła, Zakorzeniać nadzieję. M. Marcelina Darowska o rodzinie i dla rodziny, Lublin 1996 - Marcelina Darowska - Niepokalański charyzmat wychowania, pod red. ks. Marka Chmielewskiego, Lublin 1996 - S. Grażyna (Jordan), Wychowanie to dzieło miłości, Szymanów 1997 2 Zawsze będę z Wami. Myśli i modlitwy błogosławionej Matki Marceliny Darowskiej, zebrały i opracowały s. M. Grażyna od Współpośrednictwa Matki Bożej, Anna Kosyra-Cieślak, Romana Szymczak, Szymanów 1977.
CZYTAJ DALEJ

Religia w szkole w liczbach. Co mówią najnowsze dane Kościoła o uczniach i nauczycielach?

2026-01-05 07:24

[ TEMATY ]

religia w szkole

Adobe Stock

Najnowsze Annuarium Statisticum Ecclesiae in Polonia 2024, opublikowane przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego SAC im. ks. Witolda Zdaniewicza, przynosi ważne i momentami zastanawiające dane dotyczące lekcji religii w polskich szkołach. Statystyki pokazują zarówno skalę wyzwań stojących przed katechezą szkolną, jak i wyraźne różnice regionalne oraz strukturalne wśród nauczycieli religii.

W roku szkolnym 2024/2025 na lekcje religii uczęszczało 75,6% uczniów, a więc wciąż mówimy o wyraźnej większości uczniów uczestniczących w zajęciach religii. Niemniej jednak dynamika zmian rodzi pytania o przyszłość tego przedmiotu w systemie oświaty.
CZYTAJ DALEJ

Orszak Trzech Króli przejdzie przez Łódź

2026-01-05 18:30

[ TEMATY ]

archidiecezja łódzka

ks. Paweł Kłys

Orszak Trzech Króli w Łodzi

Orszak Trzech Króli w Łodzi

W Uroczystość Objawienia Pańskiego ulicą Piotrkowską przejdzie barwny korowód kolędników. Mieszkańcy miasta Łodzi śpiewając wspólnie kolędy pójdą za światłem gwiazdy betlejemskiej, by oddać pokłon narodzonemu Jezusowi.

Orszakowi przewodzić będą Trzej Królowie – Kacper, Melchior i Baltazar. Główną atrakcją będzie finałowe kolędowanie z zespołem – Mały Chór Wielkich Serc, którym dyrygować będzie – założyciel zespołu bp Piotr Kleszcz, biskup pomocniczy Archidiecezji Łódzkiej.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję