ANNA CICHOBŁAZIŃSKA: - Chciałam Pani serdecznie podziękować za przekazanie do archiwum „Niedzieli” rodzinnych zdjęć ze Stanisławowa. Utrwalono na nich świat, którego już nie ma, a który został w pamięci rodzinnej głęboko ukrywanej przez pokolenia.
Reklama
ANNA DZIURZYŃSKA (z domu Zabierowska): - To ja dziękuję. Zaniemówiłam, gdy przeczytałam w „Niedzieli” o spotkaniu na temat Stanisławowa i parafii Chrystusa Króla. Pochodzę ze Stanisławowa, to moja rodzinna parafia. Stanisławów był obecny w rozmowach rodzinnych. Tam został nie tylko dobytek pokoleń moich rodziców i dziadków, ale też ich serce. Nigdy nie udało im się odwiedzić rodzinnych stron. W czasach komunistycznych Stanisławów był miastem zamkniętym, a po 1989 r. wycieczki na Kresy nie uwzględniały w swojej trasie tego miasta. Dopiero na spotkaniu w „Niedzieli” okazało się, ilu stanisławowian znalazło w Częstochowie swoje miejsce na ziemi. Na pewno nie było im łatwo. Na własnej skórze ja i moja córka przekonałyśmy się, jak znikoma jest wśród współczesnych znajomość najnowszej historii. Pamiętam, jaką przykrość sprawiały mi uwagi dotyczące mojego kresowego akcentu. Mówili do mnie „Ruska”. Tylko proboszcz mojej parafii pw. św. Józefa, ks. Bronisław Preder, od razu zgadł moje kresowe pochodzenie, mówiąc: „A..., przyjechała pani ze Wschodu?”.
A przecież Stanisławów to XVII-wieczne polskie miasto twierdza, zbudowane przez Andrzeja Potockiego, nazwane na cześć jego ojca Stanisława Rewery Potockiego. Miasto przepiękne, stolica Pokucia, blisko Karpat, trzecie miasto w Galicji, przez wysoki poziom edukacji w szkołach jezuickich i m.in. urszulańskich nazywane Atenami Pokucia. W odrodzonej Rzeczypospolitej stolica województwa, na trasie Kolei Galicyjskiej Transwersalnej z monumentalnym dworcem, na którego tyłach zbudowany został kościół kolejarzy - pw. Chrystusa Króla. W czasie II wojny światowej okupanci sowiecki i niemiecki, a także nacjonaliści ukraińscy wymordowali 60 proc. jego mieszkańców, całe rodziny wywożone były do łagrów, do Kazachstanu i na Syberię. Po wojnie rozpoczął się exodus Polaków wypędzonych z Kresów na obecne tereny Polski. Osiedlili się w miejscowościach odległych nieraz o kilkaset kilometrów. Nie muszę podkreślać, jaki to miało wpływ na osłabienie rodzinnych więzi i zatarcie w nowych miejscach naszego kresowego pochodzenia.
- Spróbujmy na podstawie Pani rodziny stworzyć taką rodzinną mapę wypędzeń.
- Najłatwiej mi to zrobić na podstawie rodzinnych grobów mojej rodziny i rodziny mojego męża, też stanisławowianina, które rozsiane są po całej Polsce. I tak: w Jarosławiu na wschodzie Polski pochowani są moja babcia po kądzieli, jej syn i jego żona oraz ich syn; w Głubczycach pod granicą z Czechami pochowana jest moja babcia po mieczu, jej dwu synów i jej dwie siostry; we Wrocławiu na Dolnym Śląsku są groby babci brata z żoną i córką; w Szczecinie blisko Bałtyku mam groby babci męża z dwiema córkami; w Braniewie nad granicą rosyjską pochowana jest mama męża i jej brat, siostra i szwagier; w Olsztynku na Mazurach pochowany jest brat męża; w Krakowie są groby trzech braci dziadka z żonami; w Częstochowie pochowany jest mój mąż. Z naszej stanisławowskiej rodziny w Częstochowie mieszka jeszcze moja córka z mężem, córką i synami.
- Niełatwo było rodzicom tak wychowywać swoje dzieci, by miały pamięć przeszłości, ale też uchronić je od skutków tego dziedzictwa. Kresy i ich historia były tematem ściśle tajnym w komunistycznej Polsce, a rodziny niosły ze sobą traumatyczne doświadczenia śmierci i wywózek...
Reklama
- To prawda. Moi rodzice żyli Stanisławowem. Choć ojciec nie opowiadał losów wojennych, wiedziałam, że brał udział w kampanii wrześniowej. Ranny, został wyniesiony z pola bitwy na plecach przez włościanina i ukryty w jego gospodarstwie pod Lwowem. Po tej ranie pozostał mu pocisk w nodze, który sama wyczułam, gdy ubierałam ojca do trumny. Moi rodzice wzięli ślub w kwietniu 1940 r. Już następnego dnia zjawiło się NKWD i aresztowało ojca. Wieźli go koleją wraz z innymi aresztowanymi w stronę Katynia. Aresztowani wydłubali w podłodze deski i usiłowali uciec. Udało się tylko tym, którzy po wydostaniu z wagonu pozostawali na torach. Ci, którzy uciekali, zostali zastrzeleni przez wartowników ekskortujących transport. Mój ojciec do Stanisławowa przyszedł pieszo, pijąc wodę z kałuży i żywiąc się wyrzuconymi obierkami.
Jeszcze bardziej traumatyczne przeżycia miał stryjek - brat ojca, Mieczysław Zabierowski, żołnierz Armii Krajowej. Uwięziony przez NKWD, siedział w więzieniu w Stanisławowie, a później we Lwowie, skąd zesłano go do syberyjskich łagrów, gdzie pracował w kopalniach cynku i ołowiu oraz przy wycinaniu drzew. Był tam 11 lat. Uniknął śmierci dzięki poświęceniu matki, która przez tydzień koczowała na schodach Ministerstwa Obrony Narodowej, by spotkać się z Rokossowskim w sprawie uwolnienia syna. Powrócił z łagrów w 1955 r., napisał wspomnienia pt. „W łagrach Uchty i Workuty”, które prywatnie wydał jego syn. Gułag zniszczył mu zdrowie, do śmierci borykał się z chorobami. Wskutek bicia miał uszkodzone oko.
Ojca mojego męża, leśniczego w Dolinie (powiat stanisławowski), zastrzelił Ukrainiec w czasie rzezi na Pokuciu. Ktoś doniósł żonie, nauczycielce, że w następną noc mają Ukraińcy zamordować ją i dzieci. Uciekli w tym, co mieli na sobie. Wszystko, cały dobytek, zostawili w Dolinie, ale ocalili życie.
14 lat temu jednemu z krewnych udało się dotrzeć do Stanisławowa. Tam, gdzie był cmentarz z rodzinnymi grobami, teraz jest park. Grabarz zapytany, gdzie mógł stać okazały grobowiec rodziny Zabierowskich, szeptem poradził: „Uchadi, bo możesz nigdy nie wrócić”. Krewny zobaczył jeszcze rodzinny dom, gdzie w 4-pokojowym mieszkaniu z łazienką mieszka teraz 10 rodzin.
- Czy pamięta Pani czas wypędzeń?
Reklama
- Byłam mała (ur. w 1943 r.), ale z października 1945 r. pamiętam padający na głowę deszcz. Rodzice opowiadali, że wieźli nas odkrytymi węglarkami. Miałam tak skurczone rączki od zimna, że nie można ich było rozprostować. Rodzice powiadomieni o wywózce wieczorem, spakowali tylko najpotrzebniejsze rzeczy: łóżeczko, wanienkę, trochę rzeczy osobistych i te zdjęcia, które wzięłam ze sobą do redakcji „Niedzieli”. W ostatniej chwili ojciec wrócił się i wziął kołdrę. Była stara, miała ze sto lat, ale rodzice mieli ją do śmierci. Nie była używana, ale wietrzyli ją i trzepali. Nie można jej było ruszyć. Taka stanisławowska relikwia.
Mimo bliskości stacji kolejowej, zapakowali nas na furmanki pod strażą. Najpierw dotarliśmy do Jarosławia, gdzie już czekał na nas brat mamy, wypędzony ze Stanisławowa. Później dotarła do nas mama ojca. Tam też odnalazł nas brat mojego ojca, żołnierz spod Monte Cassino. Babcia i jej syn udali się do Głubczyc, gdzie osiedliła się rodzina babci. Do Głubczyc dotarliśmy i my. Po roku sąsiedzi ze Stanisławowa ściągnęli nas do Opola.
Tam poznałam mojego późniejszego męża. Gdy w Częstochowie powstało województwo, osiedliliśmy się tu z mężem i córką. W Opolu mieszkał również znajomy mojego ojca, proboszcz parafii Chrystusa Króla w Stanisławowie, ks. Kazimierz Bochenek, który przyjechał do Opola wraz ze swoimi parafianami. Przychodził do nas do domu. Gdy mieszkaliśmy w Głubczycach, odwiedzał nas również ks. Antoni Adamiuk, późniejszy biskup, który wspierał odradzającą się katolicką parafię w Stanisławowie (obecnie Iwano-Frankiwsk) na Ukrainie. Ale ja i później moja siostra trzymane byłyśmy z daleka od tych spotkań. Rodzice chyba obawiali się, że jako dzieci możemy zdradzić tematy rozmów między dorosłymi.
- Nie tęskni Pani za rodzinnymi stronami?
- Bardzo. Chciałabym tam pojechać. Wierzę, że mi się uda. Może z córką i wnukami? To przecież także ich dziedzictwo...
Nie milkną echa piątkowego koncertu „W górę serca” na opolskiej Itaka Arenie. Po lekturze setek komentarzy, wielu otrzymanych wiadomościach i rozmowach z uczestnikami koncertu przyszedł czas na małe podsumowanie również na tym profilu - pisze w swoich mediach społecznościowych bp Waldemar Musioł.
Podsumowaniem najpierw będzie - bo nie może być inaczej - wdzięczność wszystkim Uczestnikom i Organizatorom, Darczyńcom, zaangażowanym Służbom i Wolontariuszom (użycie wielkich liter nie jest przypadkowe), bo ich wysiłek i hojność, obok talentu i wysiłku Artystów, przyczyniły się do „wielkości” tego wydarzenia i do w większości pozytywnych ocen koncertu, a także do jego już ujawnionych i jeszcze nieznanych owoców, nie tylko materialnych.
Jan z Antiochii, nazywany Chryzostomem, czyli „Złotoustym”, z racji swej wymowy, jest nadal żywy, również ze względu na swoje dzieła. Anonimowy kopista napisał, że jego dzieła „przemierzają cały świat jak świetliste błyskawice”. Pozwalają również nam, podobnie jak wierzącym jego czasów, których okresowo opuszczał z powodu skazania na wygnanie, żyć treścią jego ksiąg mimo jego nieobecności. On sam sugerował to z wygnania w jednym z listów (por. Do Olimpiady, List 8, 45).
Urodził się około 349 r. w Antiochii w Syrii (dzisiaj Antakya na południu Turcji), tam też podejmował posługę kapłańską przez około 11 lat, aż do 397 r., gdy został mianowany biskupem Konstantynopola. W stolicy cesarstwa pełnił posługę biskupią do czasu dwóch wygnań, które nastąpiły krótko po sobie - między 403 a 407 r. Dzisiaj ograniczymy się do spojrzenia na lata antiocheńskie Chryzostoma.
W młodym wieku stracił ojca i żył z matką Antuzą, która przekazała mu niezwykłą wrażliwość ludzką oraz głęboką wiarę chrześcijańską. Odbył niższe oraz wyższe studia, uwieńczone kursami filozofii oraz retoryki. Jako mistrza miał Libaniusza, poganina, najsłynniejszego retora tego czasu. W jego szkole Jan stał się wielkim mówcą późnej starożytności greckiej. Ochrzczony w 368 r. i przygotowany do życia kościelnego przez biskupa Melecjusza, przez niego też został ustanowiony lektorem w 371 r. Ten fakt oznaczał oficjalne przystąpienie Chryzostoma do kursu eklezjalnego. Uczęszczał w latach 367-372 do swego rodzaju seminarium w Antiochii, razem z grupą młodych. Niektórzy z nich zostali później biskupami, pod kierownictwem słynnego egzegety Diodora z Tarsu, który wprowadzał Jana w egzegezę historyczno-literacką, charakterystyczną dla tradycji antiocheńskiej.
Później udał się wraz z eremitami na pobliską górę Sylpio. Przebywał tam przez kolejne dwa lata, przeżyte samotnie w grocie pod przewodnictwem pewnego „starszego”. W tym okresie poświęcił się całkowicie medytacji „praw Chrystusa”, Ewangelii, a zwłaszcza Listów św. Pawła. Gdy zachorował, nie mógł się leczyć sam i musiał powrócić do wspólnoty chrześcijańskiej w Antiochii (por. Palladiusz, „Życie”, 5). Pan - wyjaśnia jego biograf - interweniował przez chorobę we właściwym momencie, aby pozwolić Janowi iść za swoim prawdziwym powołaniem. W rzeczywistości, napisze on sam, postawiony wobec alternatywy wyboru między trudnościami rządzenia Kościołem a spokojem życia monastycznego, tysiąckroć wolałby służbę duszpasterską (por. „O kapłaństwie”, 6, 7), gdyż do tego właśnie Chryzostom czuł się powołany. I tutaj nastąpił decydujący przełom w historii jego powołania: został pasterzem dusz w pełnym wymiarze! Zażyłość ze Słowem Bożym, pielęgnowana podczas lat życia eremickiego, spowodowała dojrzewanie w nim silnej konieczności przepowiadania Ewangelii, dawania innym tego, co sam otrzymał podczas lat medytacji. Ideał misyjny ukierunkował go, płonącą duszę, na troskę pasterską.
Między 378 a 379 r. powrócił do miasta. Został diakonem w 381 r., zaś kapłanem - w 386 r.; stał się słynnym mówcą w kościołach swego miasta. Wygłaszał homilie przeciwko arianom, następnie homilie na wspomnienie męczenników antiocheńskich oraz na najważniejsze święta liturgiczne. Mamy tutaj do czynienia z wielkim nauczaniem wiary w Chrystusa, również w świetle Jego świętych. Rok 387 był „rokiem heroicznym” dla Jana, czasem tzw. przewracania posągów. Lud obalił posągi cesarza, na znak protestu przeciwko podwyższeniu podatków. W owych dniach Wielkiego Postu, jak i wielkiej goryczy z powodu ogromnych kar ze strony cesarza, wygłosił on 22 gorące „Homilie o posągach”, ukierunkowane na pokutę i nawrócenie. Potem przyszedł okres spokojnej pracy pasterskiej (387-397).
Chryzostom należy do Ojców najbardziej twórczych: dotarło do nas jego 17 traktatów, ponad 700 autentycznych homilii, komentarze do Ewangelii Mateusza i Listów Pawłowych (Listy do Rzymian, Koryntian, Efezjan i Hebrajczyków) oraz 241 listów. Nie uprawiał teologii spekulatywnej, ale przekazywał tradycyjną i pewną naukę Kościoła w czasach sporów teologicznych, spowodowanych przede wszystkim przez arianizm, czyli zaprzeczenie boskości Chrystusa. Jest też ważnym świadkiem rozwoju dogmatycznego, osiągniętego przez Kościół w IV-V wieku. Jego teologia jest wyłącznie duszpasterska, towarzyszy jej nieustanna troska o współbrzmienie między myśleniem wyrażonym słowami a przeżyciem egzystencjalnym. Jest to przewodnia myśl wspaniałych katechez, przez które przygotowywał katechumenów na przyjęcie chrztu. Tuż przed śmiercią napisał, że wartość człowieka leży w „dokładnym poznaniu prawdziwej doktryny oraz w uczciwości życia” („List z wygnania”). Te sprawy, poznanie prawdy i uczciwość życia, muszą iść razem: poznanie musi się przekładać na życie. Każda jego mowa była zawsze ukierunkowana na rozwijanie w wierzących wysiłku umysłowego, autentycznego myślenia, celem zrozumienia i wprowadzenia w praktykę wymagań moralnych i duchowych wiary.
Jan Chryzostom troszczył się, aby służyć swoimi pismami integralnemu rozwojowi osoby, w wymiarach fizycznym, intelektualnym i religijnym. Różne fazy wzrostu są porównane do licznych mórz ogromnego oceanu: „Pierwszym z tych mórz jest dzieciństwo” (Homilia 81, 5 o Ewangelii Mateusza). Rzeczywiście, „właśnie w tym pierwszym okresie objawiają się skłonności do wad albo do cnoty”. Dlatego też prawo Boże powinno być już od początku wyciśnięte na duszy, „jak na woskowej tabliczce” (Homilia 3, 1 do Ewangelii Jana): w istocie jest to wiek najważniejszy. Musimy brać pod uwagę, jak ważne jest, aby w tym pierwszym etapie życia człowiek posiadł naprawdę te wielkie ukierunkowania, które dają właściwą perspektywę życiu. Dlatego też Chryzostom zaleca: „Już od najwcześniejszego wieku uzbrajajcie dzieci bronią duchową i uczcie je czynić ręką znak krzyża na czole” (Homilia 12, 7 do Pierwszego Listu do Koryntian). Później przychodzi okres dziecięcy oraz młodość: „Po okresie niemowlęcym przychodzi morze okresu dziecięcego, gdzie wieją gwałtowne wichury (…), rośnie w nas bowiem pożądliwość…” (Homilia 81, 5 do Ewangelii Mateusza). Potem jest narzeczeństwo i małżeństwo: „Po młodości przychodzi wiek dojrzały, związany z obowiązkami rodzinnymi: jest to czas szukania współmałżonka” (tamże). Przypomina on cele małżeństwa, ubogacając je - z odniesieniem do cnoty łagodności - bogatą gamą relacji osobowych. Dobrze przygotowani małżonkowie zagradzają w ten sposób drogę rozwodowi: wszystko dzieje się z radością i można wychowywać dzieci w cnocie. Gdy rodzi się pierwsze dziecko, jest ono „jak most; tych troje staje się jednym ciałem, gdyż dziecko łączy obie części” (Homilia 12, 5 do Listu do Kolosan); tych troje stanowi „jedną rodzinę, mały Kościół” (Homilia 20, 6 do Listu do Efezjan).
Przepowiadanie Chryzostoma dokonywało się zazwyczaj podczas liturgii, w „miejscu”, w którym wspólnota buduje się Słowem i Eucharystią. Tutaj zgromadzona wspólnota wyraża jeden Kościół (Homilia 8, 7 do Listu do Rzymian), to samo słowo jest skierowane w każdym miejscu do wszystkich (Homilia 24, 2 do Pierwszego Listu do Koryntian), zaś komunia Eucharystyczna staje się skutecznym znakiem jedności (Homilia 32, 7 do Ewangelii Mateusza). Jego plan duszpasterski był włączony w życie Kościoła, w którym wierni świeccy przez fakt chrztu podejmują zadania kapłańskie, królewskie i prorockie. Do wierzącego laika mówi: „Również ciebie chrzest czyni królem, kapłanem i prorokiem” (Homilia 3, 5 do Drugiego Listu do Koryntian). Stąd też rodzi się fundamentalny obowiązek misyjny, gdyż każdy w jakiejś mierze jest odpowiedzialny za zbawienie innych: „Jest to zasada naszego życia społecznego (…) żeby nie interesować się tylko sobą” (Homilia 9, 2 do Księgi Rodzaju). Wszystko dokonuje się między dwoma biegunami, wielkim Kościołem oraz „małym Kościołem” - rodziną - we wzajemnych relacjach.
Jak możecie zauważyć, Drodzy Bracia i Siostry, ta lekcja Chryzostoma o autentycznej obecności chrześcijańskiej wiernych świeckich w rodzinie oraz w społeczności pozostaje również dziś jak najbardziej aktualna. Módlmy się do Pana, aby uczynił nas wrażliwymi na nauczanie tego wielkiego Nauczyciela Wiary.
Nuncjusz: nawrócenie, pokora i zaufanie istotą objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie
2026-09-13 13:00
tk /KAI
TZ
Matka Boża Gietrzwałdzka
Treść przesłania, jakie Maryja przekazała w Gietrzwałdzie można streścić w trzech słowach: nawrócenie, pokora i zaufanie - powiedział nuncjusz apostolski. Abp Antonio Guido Filipazzi przewodniczył dziś Mszy św. w Sanktuarium Matki Bożej Gietrzwałdzkiej w 149. rocznicę objawień maryjnych.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.